niedziela, 18 marca 2018

Smaki Białowieży, czyli co i gdzie zjeść w najstarszej puszczy w Europie

O urokach Białowieży słyszałam nie raz. Znajomi jeździli i wracali zachwyceni. Ale dopiero, gdy rozpętała się burza wokół wycinki Puszczy Białowieskiej zaczęłam myśleć o wybraniu się w te strony, trochę dlatego, że chciałam przekonać się na własne oczy, jak wygląda sytuacja z tą wycinką, a trochę dlatego, że było mi wstyd, że nie znam swojego własnego kraju (bo nie znam - byłam nad morzem, byłam w Tatrach i w Bieszczadach, a tak poza tym większość wakacji spędzałam na działce babci i dziadka na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim; będąc nastolatką zaczęłam jeździć na różne obozy w Europie, a potem, już jako dorosła i samodzielna podróżniczka, skupiałam się na zwiedzaniu zagranicznych atrakcji). W ubiegłym roku w kilka tygodni przejechałam pociągami i samochodami 7 tys. kilometrów po Polsce w celach służbowych, w trakcie tych podróży dotarło do mnie, że sporo tracę, stąd jednym z moich postanowień na ten rok było jeździć więcej po kraju. Byliśmy w Trójmieście w styczniu (gdzie bardzo duże wrażenie zrobiło na mnie Muzeum II Wojny Światowej oraz Muzeum Emigracji; w Muzeum Solidarności byłam przy którejś z wcześniejszych wizyt i też mi się podobało), w Białowieży w lutym, potem - pierwszy raz w życiu, mimo, że to stolica mojego rodzinnego województwa - bardziej zainteresowałam się ofertą turystyczną Rzeszowa (dzięki temu odkryliśmy Muzeum Dobranocek i Podziemną Trasę Turystyczną), wiosną jedziemy na Kaszuby i do Borów Tucholskich. W międzyczasie chciałabym jeszcze trochę lepiej poznać Lublin, skąd pochodzi moja mama, zarówno od strony etnograficznej (Muzeum Wsi Lubelskiej, w którym nigdy nie byłam), jak i historycznej (Majdanek). Jeśli znacie jakieś fajne miejsca w Polsce, które warto zobaczyć, będę wdzięczna za podpowiedzi :-)

Wracając do Białowieży: wybraliśmy się tam pod koniec lutego, a więc w okresie totalnie poza sezonem turystycznym. Z jednej strony było to fajne, bo uniknęliśmy tłumów, a drugiej - pewne atrakcje turystyczne nie są dostępne późną jesienią czy zimą, więc skazaliśmy się na to, że nie wszystko, co warto tam zobaczyć, zobaczymy. Nie weszliśmy do ścisłego rezerwatu (w tym do Miejsca Mocy), bo nie było dostępnego przewodnika. Nie przeszliśmy się ścieżką Żebra Żubra, bo najlepiej wybrać się na tę wycieczkę, gdy wokół jest zielono. Nie weszliśmy do skansenu, bo był zamknięty na cztery spusty. Mamy więc powody, aby wrócić do Białowieży w cieplejszym okresie :-)

Mimo tego, że wielu atrakcji nie zobaczyliśmy, wyjazd zaliczamy do udanych. Mieliśmy okazję nocować w starej drewnianej chatce wyposażonej we wszelkie współczesne wygody (Wi-Fi, ogrzewanie podłogowe, bardzo miła obsługa), co było bardzo przyjemnym doświadczeniem. Wybraliśmy się do Rezerwatu Pokazowego Żubra, gdzie mogliśmy pierwszy raz w życiu zobaczyć żubry, a przy okazji przekonać się, jak wygląda żubroń (czyli krzyżówka krowy i żubra), który zrobił na nas ogromne wrażenie (dosłownie, bo to wielkie zwierzę - masa mięśni z pyskiem uroczej jałówki; a propos jałówek - jeszcze przed wyjazdem do Białowieży śledziliśmy losy żądnej przygód krowy, która uciekła z pobliskiej hodowli i ukrywała się w puszczy, podjęto kilka prób jej "odłowienia", a gdy to ostatecznie się udało, krowa najwyraźniej uznała, że jej życie nie ma sensu i opuściła ten "padół płaczu"). Widzieliśmy też inne zwierzęta żyjące w puszczy (sarny, jelenie, dziki), co dla takich mieszczuchów jak my zawsze jest miłym doświadczenie. Wybranek najbardziej chciał zobaczyć rysia, który ma swoje własne miejsce w tym rezerwacie - niestety ryś nie chciał zobaczyć Wybranka (innych zwiedzających również nie, a więc nie była to niechęć wymierzona jedynie w Wybranka, "nothing personal"), cały czas siedział w zaaranżowanym dla niego przez pracowników rezerwatu tunelu, odwrócony tyłem do zwiedzających. Raczej nie mieliśmy wątpliwości, co o nas wszystkich sądzi ;-)























Włóczyliśmy się trochę po samej Białowieży, która zrobiła na mnie wrażenie ładnie zachowanymi drewnianymi domami i...ciszą. Idąc przez tą wieś w ciągu dnia nie słyszeliśmy nic poza silnikami sporadycznie mijających nas aut, z nieba leniwie spadały płatki śniegu, przyłączył się do nas okoliczny pies, który towarzyszył nam w spacerze do stacji kolejowej Białowieża Towarowa, która funkcji logistycznej już nie pełni, funkcjonuje tam natomiast bardzo dobra restauracja Carska.





















































Położona w miejscu otoczonym polami i lasem ("middle of nowhere"), restauracja Carska zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie, zarówno pod względem kulinarnym (byliśmy tam dwa razy na kolacji), jak i obsługi, wystroju wnętrza czy wyglądu otoczenia. Wszystko tam jest...po prostu spójne, ze sobą, z otoczeniem, z historią tego miejsca. To drugi tak spójny lokal w Polsce, w którym miałam okazję być (pierwszy to restauracja Mandragora w Lublinie). Mieliśmy okazję próbować zarówno "polędwicy białowieskiej" (jak lokalną słoninę z dodatkami określił obsługujący nas kelner ;-), dań z dziczyzny (jeleń, żubr) i grasicy (głównie Wybranek), pielmieni, pierogów ruskich (w nietypowej, okrągłej formie), blinów z łososiem (tu zgadzam się z opinią autorów bloga Tasteaway, że jadałam lepsze), jesiotra, kwasu chlebowego, na desery brakowało miejsca niestety. Jeśli potrzebujecie więcej informacji, zachęcam Was do lektury wpisu poświęconego tej restauracji na blogu Madame Edith - znajdziecie tam szczegółową analizę :-) Oprócz kuchni serwującej lokalne przysmaki w eleganckiej formie, Carska to także apartamenty - w wagonach niejeżdżącego pociągu (tzw. salonki, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie, gdy oglądałam je na zdjęciach), w wieży ciśnień i w innych zabudowaniach na stacji. Przy kolejnej wizycie w Białowieży, chciałabym nocować właśnie tu.























Oprócz Carskiej, jedliśmy również w restauracji Stoczek (ci sami właściciele prowadzą apartamenty w drewnianym domku, w którym nocowaliśmy), w ładnie odrestaurowanym budynku o nietypowym kształcie, zamieszkiwanym niegdyś przez lokalnych żydów, gdzie próbowaliśmy m.in. barszczu ukraińskiego i kołdunów z mięsem. Smaczny "comfort food", w bardzo przyjemnym wnętrzu.

































Miłym kulinarnym zaskoczeniem była restauracja Parkowa, która znajduje się w Parku Pałacowym (sam pałac, zbudowany pod koniec XIX wieku na polecenie cara Aleksandra III, nie istnieje - jego powojenne pozostałości zostały rozebrane na początku lat 60. XX wieku; ostał się natomiast piękny drewniany Dworek Gubernatora i murowana brama pałacowa), w budynku, w którym urzęduje kierownictwo Białowieskiego Parku Narodowego i gdzie znajduje się Muzeum Przyrodnicze.
Z zewnątrz budynek nie wzbudza ani szczególnie pozytywnych, ani negatywnych emocji. Wnętrze restauracji jest utrzymane w mało zachęcającym stylu, przypominającym lokale gastronomiczne z lat 90., natomiast absolutnie nie warto oceniać tego miejsca po wystroju, bo serwowane tam jedzenie jest bardzo dobre. W tym miejscu pierwszy raz jadłam zupę solankę, która była dla mnie kulinarnym odkryciem (jest przepyszna) i zaskoczeniem - to typowe danie kuchni kresowej, zaczerpnięte z rosyjskiej i ukraińskiej kultury kulinarnej. To słono-kwaśna zupa, występująca w odmianach mięsnej, rybnej lub grzybowej, której podstawą jest bulion z kilku rodzajów mięsa (w tym surowego i wędlin), ryb lub grzybów, z dodatkiem kiszonych ogórków i płynu z ich kiszenia, oliwek, kaparów, serwowany z kwaśną śmietaną i plasterkiem cytryny. Te oliwki, kapary i cytryna były dla mnie zaskakującym elementem, temat zgłębię jednak przy okazji osobnego wpisu poświęconego tej zupie, bo próbowałam odtworzyć ją w domu. Wybranek jadł w Parkowej smaczne i pięknie wyglądające pierogi z mięsa z żubra (zwierzę jest pod ochroną, ale mięso jest okresowo dostępne), ja skusiłam się też na sałatkę z twarogiem z pobliskiej Hajnówki, wyglądała bardzo ładnie, ale smakiem na kolana mnie nie rzuciła, sugeruję więc skupienie się na bardziej tradycyjnych daniach ;-)





















Wybraliśmy się też do Hajnówki, o której akurat było głośno w ogólnopolskich mediach z uwagi na marsz nacjonalistów (swoją drogą, zawsze mnie zastanawia, dlaczego oni występują w kominiarkach na swoich marszach - stoją murem za swoimi poglądami, są dumni, czy jednak czegoś się wstydzą i nie chcą pokazać twarzy, wziąć odpowiedzialności za te poglądy?). Chcieliśmy zobaczyć Muzeum Kultury Białoruskiej, ale w tamten weekend było zamknięte. Obejrzeliśmy więc kontrowersyjnej urody cerkiew (większość cerkwi, które widzieliśmy w Białowieży i okolicach bardzo nam się podobało, były utrzymane w tradycyjnym stylu, zbudowane z drewna, a ta w Hajnówce była bardziej w stylu, w którym - niestety - utrzymanych jest wiele katolickich kościołów, czyli beton + awangardowe formy) i udaliśmy się na obiad do bistro Babuszka. Z zewnątrz to miejsce zdecydowanie nie jest zachęcające, w środku wygląda raczej skromnie, panuje samoobsługa, a jedzenie jest serwowane na plastikowych talerza. Ale co to za jedzenie! :-) Jadłam bardzo smaczną solankę (kolejny raz :-) i babkę ziemniaczaną, a Wybranek żurek i pierogi. Babuszka ma "oddział" w Białowieży, który mieści się w pięknie odrestaurowanym tradycyjnym podlaskim drewnianym domku, mogliśmy więc jeść te same smaczne potrawy w nieco przyjemniejszym dla oka otoczeniu, ale zdecydowaliśmy się pójść "do źródła".




Ostatnim miejscem, o którym chciałabym napisać, jest restauracja Babka w Białymstoku. W drodze powrotnej z Białowieży do Warszawy postanowiliśmy zahaczyć o Białystok, w którym żadne z nas nigdy wcześniej nie było. Mieliśmy tylko kilka godzin na obejrzenie tego miasta, a w dodatku pogoda nie sprzyjała dłuższym spacerom osobom nieprzyzwyczajonym do kilkunastostopniowego mrozu. Wpadliśmy do Muzeum Historycznego, gdzie obejrzeliśmy m.in. wystawę "W białostockiej kamienicy", która pokazuje, jak na początku XX wieku mieszkali zamożni białostoczanie oraz wystawę czasową poświęconą nieistniejącemu już hotelowi Ritz, w tym jego cyfrową rekonstrukcję. Widzieliśmy też piękny Pałac Branickich, ale głównie z zewnątrz, bo w środku mieści się Uniwersytet Medyczny. Myślę, że warto przyjechać tam w czasie, gdy ogród jest w rozkwicie - na zdjęciach wygląda bardzo zacnie. Po spacerze po białostockiej starówce udaliśmy się na obiad do Babki. Wystrój we współczesnym stylu etno, obsługa sprawna, trochę nas zszokowała informacja w karcie dań, że czas oczekiwania może wynieść 60 minut lub więcej przy pełnej sali, ale nigdzie się nie spieszyliśmy, więc nie zniechęciliśmy się. Ja kolejny raz poszłam w solankę - tym razem rybną. Nie jestem największą na świecie fanką ryb (z wyjątkiem kostki z mintaja w panierce, którą robiła moja mama, gdy byłam dzieckiem i która jest moim rybnym świętym Graalem), ale chciałam spróbować innego rodzaju solanki niż mięsna i nie pożałowałam. Zupa była pyszna. Na drugie danie wybrałam kiszki ziemniaczane o - moim zdaniem - nieco kontrowersyjnej formie, które były ok (acz wolę babkę ziemniaczaną). Wybranek zamówił tatara i stwierdził, że był to najlepszy tatar, jakiego jadł w życiu (a jadł ich wiele, w bardzo różnych miejscach). Jadł też gulasz z baraniny na plackach ziemniaczanych (mimo, że zawsze twierdził, że placków ziemniaczanych nie lubi ;-), nie narzekał. W karcie znajduje się sporo dań kuchni kresowej, kilka specjałów z Podlasia, a także potrawy kuchni rosyjskiej, litewskiej, ukraińskiej, białoruskiej i żydowskiej. Dla nas to było bardzo udane gastronomiczne zakończenie wyprawy do Białowieży i okolic.


















Podsumowując - serdecznie polecam Wam Białowieżę jako cel krótszych czy dłuższych wycieczek. Nam się podobało, chcemy wrócić, żeby zobaczyć to, czego ze względu na porę roku nie zobaczyliśmy.

A co do wycinki - ścisły rezerwat podobno pozostał nienaruszony, natomiast przyznam, że widok pościnanych drzew leżących przy drodze prowadzącej przez puszczę do Białowieży oraz w okolicach Rezerwatu Pokazowego, był przygnębiający. Rozumiem, że drzewa naruszone przez szkodniki mogą stanowić zagrożenie dla pojazdów poruszających się tą drogą i podróżujących w nich ludzi, natomiast tylko część leżących tam pościnanych drzew rzeczywiście wyglądała na chore. Pnie pozostałych był zdrowe. Pozostaje mi wierzyć, że to szaleństwo się skończy. To nasze narodowe dziedzictwo naturalne.








niedziela, 11 lutego 2018

Pulpety z indyka z sosem pomidorowym i makaronem

Siedzieliśmy wczoraj z Wybrankiem i zastanawialiśmy się nad menu obiadowym - ja od dłuższego czasu wielką fanką mięsa nie jestem (jedynym mięsnym produktem, który powoduje, że nie mogłabym być wegetarianką, jest wędzony boczek...), a Wybranek wręcz przeciwnie. Udało nam się jednak nie pokłócić o obiad. Ostatecznie stanęło na daniu mięsnym, ale z drobiem, o którym fani czerwonego mięsa czasami mówią, że to nie mięso, więc danie można chyba uznać za prawie wegetariańskie ;-)

Za oknem zima, więc dla kontrastu zrobiliśmy sobie lato na talerzu - sos pomidorowy na bazie pomidorów z puszki doprawiliśmy oliwkami, kaparami, suszonymi pomidorami i dużą ilością świeżej bazylii. Takie śródziemnomorskie klimaty, także z perspektywy nakładu pracy - danie jest w moim wykonaniu jednogarnkowe. Inspiracją był przepis z bloga Kwestia Smaku, który nieco zmodyfikowałam, dodając do sosu białe wino, suszone pomidory i cebulę, a sos lekko dosłodziłam. Zrezygnowałam z dodawania rodzynek do pulpetów, bo Wybranek nie lubi tych suszonych owoców. No i mój makaron nie był taki, jak w oryginale, ale to akurat nie powinno mieć żadnego wpływu na smak. Wyszło z tego bardzo przyjemne danie, które nadaje się do przechowywania (acz podgrzewanie sprawia, że makaron przestaje być al dente).

Pulpety z indyka z sosem pomidorowym i makaronem


















Składniki (dla 4 osób)
  • 500g mielonej piersi z indyka
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki kaparów
  • 15 zielonych oliwek
  • 5 łodyżek świeżej natki pietruszki
  • 2 puszki pomidorów (bez skórki, w całości - w przypadku krojonych jest większe pole do popisu dla różnego rodzaju trików po stronie producentów, może się okazać, że kupując krojone, kupicie puszkę pomidorowych skrawków i odpadków...)
  • 5 suszonych pomidorów wyjętych z oliwnej zalewy
  • 1 mała cebula (szalotka lub zwykła biała)
  • 100ml białego wytrawnego wina (to samo możecie podać do posiłku)
  • 400ml bulionu drobiowego lub warzywnego (może być z ekologicznej kostki)
  • 200g makaronu (u mnie było drobne penne, w oryginale są kolanka, ale inne rodzaje też będą ok)
  • pęczek świeżej bazylii
  • mielona ostra papryka, sól i pieprz do smaku
  • 2 łyżki oliwy do smażenia
Przygotowanie:
  1. 1 ząbek czosnku obieramy i drobno siekamy lub przepuszczamy przez praskę
  2. oliwki i kapary odsączamy i drobno siekamy
  3. natkę myjemy i drobno siekamy
  4. mięso wkładamy do miski, dodajemy posiekany czosnek, oliwki, kapary i natkę, doprawiamy solą i pieprzem (na oko - duża szczypta pieprzu i ok. 1/4 łyżeczki soli)
  5. wyrabiamy mięso z dodatkami do momentu, aż składniki będą dobrze wymieszane, a następnie formujemy z mięsnej masy niewielkie pulpeciki (w oryginalnym przepisie było 22, u mnie wyszło 24, ale nie ma to większego znaczenia, ile dokładnie ich będzie)
  6. na dużej i głębokiej patelni (w rondlu) rozgrzewamy oliwę i smażymy na niej pulpety (ja smażyłam w dwóch porcjach, żeby nie wrzucać wszystkich pulpetów na raz, bo zbyt stłoczone raczej się duszą niż smażą) ze wszystkich stron, do zrumienienia (w środku nie muszą być dosmażone, bo później i tak dojdą w trakcie duszenia w sosie)
  7. usmażone pulpety zdejmujemy z patelni/rondla i odstawiamy na bok
  8. obieramy drugi ząbek czosnku i cebulę, drobno siekamy i wrzucamy na dno naczynia, w którym smażyliśmy pulpety, chwilę podsmażamy (jeśli na patelni brakuje tłuszczu, można dodać łyżkę oleju), mieszając
  9. do podsmażonego czosnku i cebuli wlewamy wino i mieszamy, żeby oderwać od patelni "smak" ze smażenia mięsa
  10. następnie dorzucamy pomidory z puszki (można wcześniej usunąć gniazda nasienne) razem z płynem oraz wlewamy bulion
  11. suszone pomidory drobno siekamy i również dodajemy do sosu
  12. patelnię z zawartością przykrywamy przykrywką i gotujemy na niedużym ogniu przez 30 minut
  13. ugotowany sos doprawiamy do smaku solą i pieprzem oraz szczyptą ostrej papryki, jeśli pomidory były mało słodkie, dosładzamy (ja dodałam 1 łyżeczkę syropu z agawy, ale można też dodać 1 łyżeczkę zwykłego cukru), a następnie wrzucamy surowy makaron i gotujemy przez 5 minut
  14. po podgotowaniu makaronu dodajemy na patelnię/do rondla usmażone pulpety i mieszamy, żeby dobrze pokryły się sosem
  15. całość gotujemy przez kolejnych 15 minut (pod koniec sprawdzamy, czy makaron jest już ugotowany i ew. gotujemy trochę dłużej, jeśli jest zbyt twardy(
  16. przed podaniem posypujemy posiekaną świeżą bazylią, można też dodać tarty parmezan (ale ja podawałam bez parmezanu)
Smacznego :-)



poniedziałek, 22 stycznia 2018

Pieróg z kaszą jaglaną i prażonymi jabłkami

W tym roku na Dzień Babci przygotowaliśmy z moim bratem ciotecznym dla naszej Babci (a także dla innych członków rodziny, którzy się załapali ;-) obiad. Była zupa z pieczonego kalafiora (przepis wkrótce), kurczak po portugalsku (z przepisu przywiezionego z lekcji gotowania w Lizbonie) oraz ciasto, które nasza Babcia wspominała ze swojego rodzinnego domu: pieróg z kaszą jaglaną i prażonymi jabłkami. Jak wynika z opowieści Babci, takie ciasto (z kaszą lub z ryżem) robiła jej Mama, a moja Prababcia.

Pieróg to ciasto drożdżowe ze słodkim lub wytrawnym (jak tutaj) nadzieniem, które było popularnym wypiekiem w moich rodzinnych stronach. Raczej świątecznym, bo z białej mąki pszennej, której dziś specjaliści od żywienia radzą unikać, a niegdyś była towarem luksusowym (na co dzień jadło się pełnoziarnistwa, z ziaren zmielonych w domowym żarnie), z dodatkie masła i jajek, które również nie były codziennym pożywieniem (gospodynie wolały jajka sprzedać niż wykorzystać we własnej kuchni).

Pieróg występuje również w formie wytrawnej, wersję z kaszą gryczaną i ziemniakiami znajdziecie tutaj.

Pieróg z kaszą jaglaną i prażonymi jabłkami
















Składniki (na małą prostokątną formę, o wymiarach 23 cm x 18 cm x 7 cm lub podwójną keksówkę)

CIASTO
  • 3/4 szklanki mleka,
  • 25 g drożdży (świeżych),
  • 2 łyżki białego cukru,
  • 2 żółtka + 1 całe jajko (najlepiej przechowywane w temp. pokojowej albo wyjęte wcześniej z lodówki),
  • 80 g masła,
  • 2,5 szklanki mąki pszennej
NADZIENIE
  • 2 szklanki kaszy jaglanej;
  • 4 szklanki mleka;
  • 1 duże opakowanie cukru waniliowego (32 g) lub 2x „normalne” (16 g);
  • 2 łyżki białego cukru (przy tej ilości cukru nadzienie jest jedynie „słodkawe”, jeśli komuś zależy na słodszym deserze, warto dodać 4 lub 6 łyżek zamiast 2)
  • 1 duży słoik (ok. 400-500g) prażonych jabłek (takich, jak do naleśników)

Przygotowanie:
1. Drożdże należy rozpuścić w ciepłym mleku z 2 łyżkami cukru, dodać 2 łyżki mąki i odstawić zaczyn do wyrośnięcia.
2. Masło rozpuszczamy i studzimy.
3. Żółtka mieszamy z cukrem waniliowym.
4. Do miski wsypujemy mąkę, dodajemy podrośnięty zaczyn i żółtko wymieszane z cukrem, wstępnie wyrabiamy.
5. Do wstępnie wyrobionego ciasta dodajemy rozpuszczone i wystudzone masło, a następnie kontynuujemy wyrabianie.
6. Wyrobione ciasto przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia (powinno podwoić objętość).
7. Kaszę trzeba przepłukać wrzątkiem, odcedzić, a następnie wsypać do garnka, zalać mlekiem, dodać cukier waniliowy i zwykły cukier i gotować na niedużym ogniu pod przykrywką, aż kasza wchłonie cały płyn (można ją nawet trochę „przeciągnąć”, tzn. rozgotować, bo dzięki temu łatwiej się zlepia i lepiej „trzyma formę” przy krojeniu gotowego ciasta).
8. Wyrośnięte ciasto trzeba podzielić na dwie połowy (w stosunku 2:3), obie rozwałkować.
9. Większą częścią ciasta należy wyłożyć dno natłuszczonej blachy (tak, aby brzegi ciasta zachodziły na ścianki blachy).
10. Na tak przygotowany spód wyłożyć ugotowaną kaszę, a następnie na kaszy rozsmarować jabłka (lub ułożyć owoce sezonowe) i przykryć go drugą (mniejszą) połową ciasta.
11. Brzegi obu części ciasta powinny być zlepione, żeby farsz był całkowicie „otulony” ciastem.
12. Jeżeli zostanie Wam trochę ciasta, możecie zrobić z niego dekoracje (tak jak ten kwiatek na wierzchu mojego wypieku)
13. Przykryć ściereczką i odstawić do podrośnięcia w ciepłe miejsce, na 15-20 min.
14. Następnie należy posmarować wierzch ciasta rozkłóconym jajkiem, wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180°C (grzanie od góry i od dołu) i piec przez ok. 60-70 minut (do uzyskania złotego koloru; można też np. 15 min przed końcem pieczenia wyłączyć grzanie od góry, a dopiec jedynie spód) na środkowej półce piekarnika.

Oryginalny przepis na to ciasto pochodzi z bloga Czym Dziś w Kuchni Pachnie. Został zmodyfikowany (ryż zastąpiłam kaszą jaglaną, nie dodałam żółtka do farszu, dodałam jabłka prażone zamiast świeżych, itd.)

sobota, 6 stycznia 2018

Sałatka z pieczonymi słodkimi ziemniakami, komosą ryżową i awokado

Ta sałatka pewnego dnia wyświetliła się na stronie głównej mojego prywatnego profilu na Pintereście. Urzekła mnie wyglądem, zainteresowała składem - słodkie ziemniaki (bataty), komosa ryżowa (quinoa), awokado... To ostatnie sprawiło, że przypomniałam sobie o opinii, wygłoszonej przez pewnego australijskiego biznesmena, który dorobił się na nieruchomościach. W jednym z wywiadów, które udzielał, pytany o rady dla młodych ludzi chcących kupić własne mieszkanie, powiedział: "Przestańcie kupować awokado". Jego zdaniem wydawanie pieniędzy na drogie produkty spożywcze i jedzenie "na mieście" sprawia, że młodych ludzi nie stać na własne mieszkanie, a ci z nich, którzy mieszkania się dorobili, ciężko na to pracowali i oszczędzali. Skoro samo kupowanie awokado pozbawia młodych ludzi szans na własne mieszkanie, trudno mi sobie wyobrazić, co ów trzydziestokilkuletni mędrzec powiedziałby o tej sałatce ;-) "Sałatka, która Cię zrujnuje"? Sałatka "Nigdy nie będzie Cię stać na własne mieszkanie"?

Muszę przyznać, że dla mnie fakt, czy coś jest tzw. superfoods czy nie, nie ma większego znaczenia (podobno mega superfoods to zwykła biała kapusta, ale nikomu nie opłaca się jej promować w ten sposób). Liczy się smak. No i wygląd też trochę, w końcu to właśnie zdjęcie tej sałatki wyłapane na Pintereście sprawiło, że ją zrobiłam. Koszt produktów do tej sałatki nie zrujnuje Waszego domowego budżetu, tym bardziej, że nie wyobrażam sobie, żebyście od wypróbowania tego przepisu pierwszy raz postanowili już nic innego nigdy nie jeść ;-)

Oprócz tego, że ładnie wygląda i dobrze smakuje, sałatka ta składa się ze składników, które uchodzą za "zdrowe" - świeże, naturalne, upieczone lub surowe, pełne składników odżywczych. Nie ma w niej mięsa ani nabiału, ale to wcale nie przeszkadza jej być naprawdę sycącym daniem. Fajne na kolację lub na lunch (ale z czosnkiem w dressingu), raczej nie na przystawkę, bo będzie problem ze zmieszczeniem dania głównego.

Autorką oryginalnego przepisu, który nieco zmodyfikowałam (nie dodaję suszonej żurawiny ani suszonych ziół, a dodaję pomidorki), jest Chelsea Lords, która prowadzi blog o nazwie "Chelsea's Messy Apron".

Sałatka z pieczonymi słodkimi ziemniakami i komosą ryżową



















Składniki (dla 4-6 osób, w zależności od rozmiarów apetytu ;-)
  • 2 średniej wielkości słodkie ziemniaki
  • 1 szklanka surowej komosy ryżowej
  • 1 duże awokado
  • ok. 250g pomidorków koktajlowych
  • 1 opakowanie świeżego młodego szpinaku
  • 1/2 szklanki oliwy z oliwek (właśnie dlatego ta sałatka jest taka sycąca ;-) + trochę do natłuszczenia ziemniaków
  • sok z 1/2 cytryny
  • 4 łyżki octu z czerwonego wina
  • 2 łyżki lejącego miodu lub syropu z agawy (mój dodatek, moim zdaniem bez tego dressing jest zbyt octowy)
  • 1 ząbek czosnku
  • 1,5 łyżki musztardy dijon (według autorki oryginalnego przepisu inna się nie nadaje)
  • opcjonalnie (mój dodatek): 1 łyżka musztardy francuskiej (= ziarnistej)
  • sól i pieprz do smaku
  • opcjonalnie: świeża bazylia i czarny sezam do posypania
Przygotowanie:
  1. ziemniaki myjemy, obieramy, kroimy w dużą kostkę, a następnie natłuszczamy 2-3 łyżkami oliwy z ok. 1/4 łyżeczki soli, rozkładamy na blaszce do pieczenia wyłożonej papierem do pieczenia i pieczemy przez 20 min w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni Celsjusza (grzanie od dołu i od góry, bez termoobiegu), po upieczeniu studzimy
  2. kaszę płuczemy na sitku pod bieżącą wodą, a następnie wsypujemy do garnka, zalewamy 2 szklankami wody, dodajemy szczyptę soli i gotujemy do momentu, aż woda wyparuje, a kasza będzie sypka, po ugotowaniu studzimy
  3. awokado obieramy, pozbywamy się pestki, kroimy w kostkę
  4. pomidorki myjemy i przekrajamy na połówki lub ćwiartki
  5. przygotowujemy dressing: łączymy czosnek obrany i przepuszczony przez praskę z sokiem z cytryny, musztardą (oba rodzaje), octem, miodem i oliwą, mieszamy, doprawiamy do smaku solą i pieprzem
  6. do miski wkładamy liście szpinaku i wsypujemy kaszę, wlewamy połowę dressingu i mieszamy, żeby kasza i liście szpinaku dobrze pokryły się dressingiem
  7. doprawiony szpinak z kaszą przekładamy na talerz lub talerze, na których sałatka będzie serwowana
  8. na szpinaku i kaszy układamy upieczone ziemniaki, pokrojone awokado i pomidorki, a następnie równomiernie polewamy drugą połową dressingu
  9. na końcu całość możemy posypać posiekaną świeżą bazylią i/lub czarnym sezamem 
Smacznego :-)



poniedziałek, 1 stycznia 2018

Czorne klóski

Moją i Wybranka tradycją od kilku lat jest gotowanie w Sylwestra jakichś kluchów, które umilą nam spędzanie tego wieczoru w dresach, na sofie. Próbowaliśmy różnych innych pomysłów na spędzenie ostatniego dnia mijającego roku, ale "imprezowanie" w domowych pieleszach okazało się najbardziej spójne z naszą naturą.

Kluchy to raczej określenie, obejmujące różnego rodzaju potrawy mączne :-) Odkąd ta tradycja się wykształciła (a raczej - została wykształcona), w naszym sylwestrowym menu gościły już: pyzy, kluski śląskie, azjatyckie pierożki z ciasta ryżowego gotowane na parze (niestety z jakichś powodów przepisu nie wrzuciłam na bloga, ale może naprawię ten błąd w tym roku), chinkali i kluski kładzione. W tym roku do listy dołączyły pochodzące ze śląska czorne klóski, czyli kluski z gotowanych i surowych ziemniaków, nazywane na Śląski również kluskami tartymi (bo surowe ziemniaki trze się na tarce) lub kluskami polskimi (dla odróżnienia ich od klusków śląskich). Określenie "czorne" pochodzi od koloru klusków, który jest tym ciemniejszy, im większy jest udział surowych ziemniaków w całej masie. U mnie było pół na pół, więc wyszły raczej szare.

Do zrobienia akurat tych klusków w Sylwestra 2017 zainspirowała mnie książka pt. "Ślónska kuchnia dla Hanysów i Goroli" autorstwa Joanny Furgalińskiej, którą przywiozłam z ostatniej służbowej wyprawy do Katowic. Wydało ją wydawnictwo PWN, ja kupiłam mój egzemplarz na dworcu PKP w Katowicach. Książka zawiera kilkadziesiąt przepisów na tradycyjne śląskie potrawy, które zostały przedstawione w formie obrazkowej. Obrazkom towarzyszą opisy poszczególnych czynności i składników w śląskiej gwarze.

Tym, co urzekło mnie w przepisie na czorne klóski, była bardzo krótka lista składników. Podczas gdy w wielu popularnych dziś daniach, szczególnie kuchni azjatyckiej, lista składników zdaje się nie mieć końca (szczególnie różnego rodzaju przypraw i sosów, z których korzystam raczej sporadycznie), w przypadku tego przepisu lista składa się z... dwóch pozycji: ziemniaków i soli. Nie ma tu żadnej wielkiej filozofii: bierzemy jakąś ilość ziemniaków (w oryginalnym przepisie jest 1,5kg, u mnie były 2 kg), połowę gotujemy, drugą połowę (surową) ścieramy na tarce, łączymy, gotujemy, i tyle. Jak to zwykle bywa z prostymi przepisami ważne są konkretne cechy składników - przekonałam się o tym, gdy wrzuciłam pierwszą porcję klusków do garna z wrzącą wodą. Ziemniaki, z których skorzystałam (przyznaję, przypadkowe), nie były najwyraźniej wystarczająco mączne, a przez to ciasto na kluski wyszło zbyt "luźne" i kluski zaczęły się rozpadać w trakcie gotowania. Dodałam więc 4 łyżki mąki ziemniaczanej i to pomogło. Przy kolejnych przygodach z czornymi kluskami albo będę z automatu dosypywała mąki, albo będę pilnowała, żeby kupić ziemniaki odpowiedniej odmiany (mącznej).

My pochłonęliśmy kluski z dodatkiem podsmażonej cebulki i boczku wędzonego, ale równie dobrze można je podać z jakimś sosem mięsnym lub grzybowym, jako dodatek do dania głównego.

Czorne klóski



















Składniki (dla 6 osób)
  • 2 kg ziemniaków
  • 4 łyżki mąki ziemniaczanej
  • sól do osolenia wody
Przygotowanie:
  1. Wszystkie ziemniaki obieramy i dzielimy na połowy
  2. Jedną połowę gotujemy w osolonej wodzie, a po ugotowaniu, jeszcze ciepłe, rozgniatamy lub przepuszczamy przez praskę, aby uzyskać gładką masę
  3. Drugą połowę ścieramy na tarce (na małych oczkach), najlepiej umieszczając w misce sitko i trąc ziemniaki na to sitko w celu zebrania uwalniającego się z tartych ziemniaków skrobiowego płynu, który będzie gromadził się na dnie miski, skapując z sitka
  4. Po utarciu ziemniaków, wyciskamy z nich resztę płynu, który sam nie wypłynął w trakcie tarcia (w oryginalnym przepisie płyn z ziemniaków wyciska się za pomocą gazy, ale nie sądzę, żeby gaza byłą standardowym elementem wyposażenia współczesnych kuchni, więc skorzystanie z sitka może być praktyczniejszym pomysłem)
  5. Płyn powinien podzielić się na dwie części - skrobię, która odkłada się na dnie miski, oraz wodę; skrobię zachowujemy, wodę wylewamy
  6. Łączymy ugotowane i surowe ziemniaki, dodajemy skrobię z tartych ziemniaków oraz mąkę ziemniaczaną, a następnie wyrabiamy na gładką masę
  7. Z masy formujemy okrągłe kluski wielkości dużego orzecha włoskiego, wrzucamy na osolony wrzątek, mieszamy i gotujemy przez ok. 2-3 minuty od wypłynięcia klusków na powierzchnię
  8. Serwujemy od razu po ugotowaniu, z omastą/sosem - najlepsze są świeże, acz odgrzewane również da się zjeść ;-)
Smacznego :-)

czwartek, 28 grudnia 2017

Pieczony camembert, czyli fondue na szybko

Pomysł na pieczony camembert powstał przy okazji rozważań nad możliwościami wykorzystania produktów zalegających w lodówce. Z łakomstwa zdarza mi się coś kupić, a potem leży to w lodówce i czeka na swoją kolej - w tym przypadku był to duży (250g) ser camembert w sklejkowym koszyczku marki Le Rustique (do kupienia w różnych supermarketach w Polsce). Sam pomysł upieczenia camamberta skopiowałam od Jamiego Olivera - kupiłam jego książkę pt. "Każdy może gotować" mojemu młodszemu Bratu (pozdrawiam :-) i sama ściągnęłam stamtąd kilka przepisów, m.in. na makaron z pieczonym serem camembert. W tym przepisie ser przygotowuje się tak, aby zmieszać go z makaronem, natomiast w przepisie, którym chciałabym się z Wami dziś podzielić, camembert jest serwowany w całości - płynny środek służy jako dip, a skórka jako naczynie, w którym ten dip serwujemy. Kupienie sera w sklejkowym koszyczku jest o tyle istotne, że pomaga on utrzymać ser w ryzach w trakcie pieczenia. W efekcie otrzymujemy camembertowe fondue w jadalnej miseczce (podpieczoną skórkę można na koniec zjeść, ale sklejkowego koszyczka jeść raczej nie polecam ;-)

Trudno mi teraz wskazać jedno konkretne źródło w internecie, z którego zaczerpnęłam technikę pieczenia i doprawiania sera. O ile się nie mylę, przejrzałam kilka stron i filmików na You Tube i na bazie dostępnych tam wskazówek, wypracowałam podejście zaprezentowane poniżej.

Polecam Wam to danie jako przekąskę do oglądania filmów/wydarzeń sportowych czy na imprezy - jest smaczne, a jego przygotowanie nie zajmuje dużo czasu. Do tego camembertowego fondue można serwować zarówno świeże warzywa pokrojone w łatwe do maczania słupki, jak i świeże pieczywo czy oliwki.

Pieczony camembert



















Składniki (dla 2 żarłocznych osób lub 4 osób z normalnym apetytem)
  • 1 duży ser camembert (250g) w sklejkowym koszyczku
  • 2 (normalnej wielkości) ząbki czosnku
  • 1 łyżka (płaska) płynnego miodu
  • 1 gałązka świeżego rozmarynu lub 3-4 gałązki tymianku
Przygotowanie:
  1. Piekarnik rozgrzewamy do temperatury 200 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu, bez termoobiegu
  2. Camembert wyjmujemy ze sklejkowego koszyczka, odwijamy z papierka, papierek wyrzucamy, a ser wkładamy z powrotem do koszyczka, a koszyczek kładziemy na blaszce do pieczenia lub kawałku folii aluminiowej/papieru do pieczenia (w razie gdyby środek jednak wypłynął)
  3. Czosnek obieramy i kroimy w słupki, a następnie każdy słupek wtykamy w wierzch camemberta
  4. Naszpikowany czosnkiem wierzch sera polewamy miodem i posypujemy posiekanymi igłami rozmarynu lub listkami oskubanymi z łodyg tymianku
  5. Tak przygotowany ser wstawiamy do piekarnika, na środkową półkę, i pieczemy przez 20 min, do uzyskania lekko złotego koloru na wierzchu (ważne jest, aby piekarnik był rzeczywiście dobrze rozgrzany, a temperatura nie spadła w trakcie pieczenia - raz mi się to przytrafiło i mimo pieczenia sera przez 40 minut, fondue nie wyszło, wyszedł raczej camembertowy sernik...)
  6. Po upieczeniu wyjmujemy ser z piekarnika, nacinamy wierzch czubkiem ostrego noża i serwujemy (cały czas w sklejkowym koszyczku)
Smacznego :-)

niedziela, 22 października 2017

Zupa ogórkowa

Sezon zupny uważam za otwarty :-) Po wczorajszej grochówce, czas na ogórkową z kiszonych ogórków. To jedna z moich ulubionych zup, której nigdy nie odmówię. Moja mama gotowała ją często (obok kalafiorowej, rosołu z makaronem i żurku), to dla mnie jeden z najlepiej zapamiętanych smaków dzieciństwa.

Wydawało mi się, że z taką zupą niewiele kreatywnego można zrobić, ale myliłam się. Samo zblenderowanie i zmniejszenie ilości wody, w celu uzyskania zupy ogórkowej w postaci kremu sprawia, że zupa zyskuje nowe życie. Miałam okazję przekonać się o tym w Dworze Sanna, położonym niedaleko Janowa Lubelskiego, gdzie taka zupa była serwowana w sierpniu. Liczyłam, że uda mi się zrobić taki krem, ale niestety za szybko zjedliśmy zupę w klasycznym wydaniu, nic nie zostało do eksperymentów ;-)

Zupa ogórkowa




















Składniki (na 4-6 porcji):
  • 1,5 litra bulionu (u mnie wołowy)
  • płyn z kiszonych ogórków z 1-litrowego słoika z ogórkami (kwasu można dodać więcej, w zależności od preferencji)
  • 300g kiszonych ogórków
  • 2 średniej wielkości marchewki
  • 2 duże ziemniaki
  • 2 łyżki śmietany
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Marchew i ziemniaki myjemy, obieramy i kroimy w kostkę
  2. Ogórki ścieramy (u mnie ze skórką, ale można obrać - jeśli obieracie, weźcie nieco więcej ogórków niż 300g) na tarce o dużych oczkach
  3. Bulion łączymy z kwasem z ogórków, dorzucamy pokrojone marchew i ziemniaki oraz starte na tarce ogórki i gotujemy aż ziemniaki i marchew będą miękkie
  4. Przed podaniem zabielamy śmietaną (stopniowo ogrzewając śmietanę płynem z zupy, w osobnej miseczce, a dopiero gdy mieszanina będzie ciepła, wlewając do garnka) i doprawiamy do smaku solą i pieprzem
Smacznego :-)