środa, 20 września 2017

Jezioro Garda rybami nie stoi

Na pomysł spędzenia tegorocznych wakacji nad jeziorem Garda wpadł mój Wybranek, który naoglądał się w internecie filmików poświęconych treningom kolarskim w różnych częściach świata. Okolice tego jeziora to ponoć bardzo dobre miejsce do tego typu treningów (tego - mam nadzieję - nigdy się nie dowiem, bo sport to zło ;-), ale przede wszystkim jest to naprawdę piękna lokalizacja.

Przed wyjazdem zakładaliśmy, że skoro jedziemy nad jezioro, to pewnie lokalne knajpki będą serwowały głównie pochodzące z niego ryby. Tymczasem potrawy z gardeńskich ryb pojawiały się w kartach dań okolicznych restauracji, trattorii, osterii i innych gastromiejsc w raczej ograniczonym zakresie. Nie było w nich również szczególnie tłoczno od dań typowych dla górskich regionów (większość jeziora Garda jest otoczona górami, mniej górzyście jest jedynie na jego południowym krańcu). Karty te obfitowały natomiast w dania z owoców morza, których źródło nie znajduje się bynajmniej gdzieś w okolicy. Taka niespodzianka. Na pocieszenie (dla mnie, bo nie lubię owoców morza) w wielu miejscach dostępne były klasyczne dania kuchni włoskiej, a szczególnie makarony. Więc mimo nie do końca sprzyjających warunków, kolejny raz udało mi się wygrać walkę z anoreksją w trakcie urlopu.

Naszą bazą była miejscowość Desenzano, na południowym krańcu jeziora. Wybraliśmy to miejsce, bo było tam najłatwiej dojechać komunikacją publiczną z Bergamo. Czas przyznać się do kolejnego (po niechęci do owoców morza) ograniczenia - boję się jeździć autem za granicą (w charakterze kierowcy). Prawdopodobnie najwygodniejszym środkiem transportu byłoby auto wypożyczone na lotnisku w Bergamo, gdzie dolecieliśmy z Warszawy. To samo auto bardzo dobrze sprawdziłoby się w zwiedzaniu miejscowości położonych wokół jeziora, no ale mentalne ograniczenia trudno się pokonuje, ja temu wyzwaniu nie podołałam, a Wybranek zdaje się nie chciał być jedynym kierowcą. Plus auto oznaczałoby ograniczenie możliwości popicia obiadu lokalnym winem czy raczenia się prosecco/aperolem w ramach podwieczorku ;-)





















Do Desenzano dojechaliśmy więc pociągiem z Bergamo (z lotniska na stację jedzie się ok 15 minut, autobusem numer 1, a ze stacji kolejowej w Bergamo do Desenzano ok 1,5 godziny z jedną przesiadką). Wokół jeziora Garda poruszaliśmy się autobusem (raz, do miasteczka Salò), pociągiem (raz, do miejscowości Peschiera) oraz promem (był naszym głównym środkiem transportu, wybraliśmy się nim do Malcesine, Riva, Sirmione i Bardolino). Wszystkiego nie zobaczyliśmy - staraliśmy się wybierać te miejsca, w których było coś oprócz ładnego portu. Mimo najlepszych chęci, nie udało nam się wjechać na szczyt Monte Baldo, skąd rozpościera się - podobno - piękny widok na jezioro i otaczające go góry i gdzie dociera kolejka linowa z Malcesine. Mimo, że nad jeziorem Garda byliśmy teoretycznie już po sezonie (drugi tydzień września), najpierw staliśmy 1,5 godziny w kolejce do kasy, a potem dowiedzieliśmy się, że do wjazdu na szczyt będziemy musieli czekać kolejne 1,5 godziny. Pewnie byśmy zaczekali, gdyby nie fakt, że moglibyśmy przez to nie zdążyć na ostatni prom powrotny do naszej bazy. Jak się zorientowaliśmy w trakcie stania w kolejce, jest możliwość zakupu biletów przez internet (brawo my), ale do Malcesine drugi raz nie przyjechaliśmy, bo dzień naszej pierwszej wizyty był jedynym słonecznym i bezdeszczowym dniem w trakcie całego naszego pobytu nad jeziorem - nie ma sensu wjeżdżać na Monte Baldo w pochmurne dni, bo chmury zasłaniają widoki. Trochę też obraziliśmy się na operatora kolejki, bo długie oczekiwanie w kolejce do kasy wynikało z faktu, że na cztery okienka kasowe działało tylko jedno i nie była to pora obiadowa... Może innym razem.




















Na Monte Baldo nie wjechaliśmy, wycieczki do Malcesine nie możemy jednak uznać za nieudaną, bo zjedliśmy tam jeden z trzech najlepszych posiłków w trakcie całego pobytu. Jak zwykle w wyborze restauracji w trakcie zagranicznych wyjazdów kierowaliśmy się sugestiami z przewodnika Lonely Planet i opiniami z portalu TripAdvisor - tam właśnie znaleźliśmy Ristorante al Gondoliere. W otoczeniu niemieckich emerytów (standardowa sytuacja o tej porze roku nad jeziorem Garda) jedliśmy polentę z gorgonzolą i gnocchi z sosem pomidorowym (ja) oraz carpaccio z ośmiornicy i spagnetti z owocami morza (Wybranek). Jedzenie było smaczne, obsługa sprawna, otoczenie miłe (siedzieliśmy na tarasie). Honor Malcesine uratowany ;-)



















Drugi bardzo dobry posiłek jedliśmy w okolicach miasteczka Riva del Garda. To był posiłek okupiony sporym wysiłkiem, bo żeby dotrzeć do Trattoria Piè di Castello w miejscowości Tenno szliśmy z portu w Riva ponad godzinę, głównie pod górę (normalni ludzie, nie mający oporów przed wypożyczaniem aut lub podróżujący po Europie własnym samochodem, byliby na miejscu w 15 minut).
















Tym, co zachęciło nas do podjęcia tego niewakacyjnego (jak dla mnie) wysiłku było danie, które zapewne wywoła uśmiech na twarzy fanów mięsa, będących jednocześnie przeciwnikami dań ze zbyt dużą ilością warzyw (np. sałatek). Danie to nazywa się "Carne Salada" (czyli "mięsna sałatka") i składa się z cienkich plastrów mięsa wołowego, zakonserwowanego w soli, zgodnie ze średniowieczną recepturą. Rodzina Benini prowadzi lokal w tym samym miejscu od końca dziewiętnastego wieku. Danie to nie wygląda może jakoś szczególnie atrakcyjnie (ot plastry surowego lub podsmażonego - występuje w dwóch odmianach: crudo i cotto - mięsa), ale jest smaczne (ja jadłam wersję smażoną, Wybranek - surową). Trattoria specjalizuje się w tym daniu, oprócz niego w karcie są jeszcze: z przystawek kopytka chlebowe ze szpinakiem, podane z roztopionym masłem lub talerz lokalnych wędlin, dodatki do dania głównego w postaci miski piklowanych warzyw lub duszonej fasoli i zdaje się, że był tam też jakis deser, ale tego nie pamiętam, bo po pochłonięciu dużego półmiska smażonej wołowiny nie rozważałam dalszej konsumpcji ;-) Oprócz smacznego posiłku zwrot z tej inwestycji energetyczno-czasowej obejmował tez piękne widoki na Riva del Garda, jezioro, góry i gaje oliwne w drodze powrotnej z trattorii do portu.
























Trzeci posiłek wart wspomnienia to... trzy posiłki, które zjedliśmy w La Taverna del Garda, w obrębie desenzańskiego starego miasta, blisko portu. Byliśmy tam aż trzy razy, bo to miejsce po prostu urzekło nas smacznym, uczciwym jedzeniem i ciepłą atmosferą (co nie było bez znaczenia, bo prawie codziennie padało - ot, zaleta wybierania się nad jezioro Garda we wrześniu). W tym lokalu można zjeść bardzo dobry makaron (zarówno takie klasyki jak spaghetti amatriciana czy ragu/bolognese, jak i makaron w nieco mniej znanej w Polsce formie paccheri i z nieco mniej popularnymi dodatkami, jak np. twarda, słona ricotta), ale też bruschetty i sałatki ze smacznymi dodatkami (nam szczególnie przypadła do gustu wędzona pierś gęsi) czy też dania z owocami morza (w karcie jest napisane wprost, że są mrożone - taka otwarta komunikacja bardzo rzadko się zdarza), którymi raczył się Wybranek. Smakowało nam również ich domowe białe wino, lekko musujące (frizzante; jak wyjaśniła kelnerka "semi prosecco" :-) Ze wszystkich lokali gastronomicznych, które odwiedziliśmy w trakcie pobytu nad jeziorem Garda, La Taverna del Garda najbardziej przypadła nam do gustu i szczerze ją polecamy wszystkim osobom, które będą w Desenzano.





















Poza opisanymi powyżej trzema miejscamu, zdarzyło nam się jeść też w bardziej przypadkowych miejscach (pizza) czy kupić w małych delikatesach gotowe dania (gnocchi, ravioli), które ugotowaliśmy sobie w wynajętym mieszkaniu. Byliśmy też m.in. w poleconej przez autorkę bloga Krytyka Kulinarna Hostaria Porto Vecchio, ale jedzenie serwowane w tym miejscu nie rzuciło nas na kolana. Fajne było to, że serwują ryby z jeziora Garda, ale produkt to jedno, a efekt końcowy - drugie. Makaron z kawałkami ryby, której nazwa to lavaret (tłumaczona jako sieja), był ok, ale już grillowany filet z tej samej ryby był suchy i bez smaku, ratował go jedynie sos cebulowy podany jako dodatek...

Szukając w internecie informacji o typowych gardeńskich daniach, nie znalazłam zbyt wiele (poza mięsną sałatką :-). Typowe lokalne produkty to wino (polecamy miejscowość Bardolino, gdzie jest największe skupisko gardeńskich winiarni, aczkolwiek nam tamtejsze czerwone wina nie smakują - wolimy ich białe i różowe; w Bardolino jest Muzeum Wina prowadzone przez jedną z winnic, ale do tego muzeum warto wybrać się tylko na zwiedzanie z przewodnikiem - takie zwiedzanie jest możliwe w środy, oprowadzanie w języku włoskim, angielskim i niemieckim o różnych godzinach), oliwa (taka niespodzianka ;-), limoncello (miejscowość Limone sul Garda słynęła niegdyś z uprawy cytryn, z których produkowany jest ten likier).


















Nad jezioro Garda na pewno warto pojechać ze względu na piękne widoki. Góry i jeziora są również w Polsce, ale takiego jeziora z takimi miasteczkami nie mamy. Fani historii i kontrowersyjnego kina mogą chcieć odwiedzić Salò, gdzie Mussolini w swoim schyłkowym okresie powołał do życia Włoską Republikę Socjalną (1943-1945, tzw. Republika Salò) i gdzie toczy się akcja filmu pt. "Salò, czyli 120 dni Sodomy". Natomiast moim zdaniem pod względem kulinarnym są we Włoszech ciekawsze miejsca (choćby Modena i okolice). Z kolei Wybranek stwierdził, że jezioro Garda to nie tylko dobre miejsce dla kolarzy czy triathlonistów, ale też dla osób, które nie mogą korzystać z pełnej swobody z uwagi na wiek, stan zdrowia, posiadanie małych dzieci czy też podróżowanie z psem (chyba nigdy nigdzie nie widziałam tylu podróżnych z pupilami).





















W drodze powrotnej z Desenzano do Polski kilka godzin spędziliśmy w mieście Bergamo - jest znane z lotniska, gdzie przylatuje sporo budżetowych linii lotniczych. Jeśli będziecie kiedyś mieli możliwość spędzenia w tym mieście kilku godzin, serdecznie polecamy. Bergamo to piękne, stare miasto rozciągające się wokół zamku na wzgórzu (można tam wjechać kolejką, ale my oczywiście weszliśmy pieszo - w końcu czymś się od tych niemieckich emerytów różnimy ;-), to znacznie więcej niż tylko lotnisko.








sobota, 15 lipca 2017

Naleśniki w sosie cystrusowym, prawie jak Crêpes Suzette

Minęło 10 lat odkąd moja relacja z Wybrankiem z biurowej zmieniła się w romantyczną :-) Rocznica wypadała w sąsiedztwie weekendu, ale z ważnych rodzinnych powodów nie chcieliśmy oddalać się od Warszawy, zaplanowaliśmy sobie więc świętowanie w domu. Jednym z elementów tego planu było przygotowanie przez każde z nas specjalnego posiłku na tę okazję, mi przypadło śniadanie. Dań śniadaniowych jest pełno, no ale to miało być coś wyjątkowego. Poszukując inspiracji w Internecie, trafiłam na bloga pt. "Co dziś zjem na śniadanie?", który jest prawdziwą skarbnicą przepisów na dobry początek dnia. Powiedziałabym, że raczej nietypowych w naszej szerokości geograficznej, więc jeśli znudziły Wam się kanapki, jajecznice, twarożki i proste owsianki, to jest dobry adres dla Was.

Przekopawszy się przez śniadaniowe propozycje Marty (tak ma na imię autorka tego bloga), wybrałam przepis na "Prawie Crepes Suzette", a więc naleśniki w sosie cytrusowym, ale bez alkoholu i bez podpalania, które są typowe dla oryginalnego francuskiego przepisu na to danie. Te naleśniki często są serwowane w formie deseru, ale na śniadanie też dobrze się sprawdzą :-) Nie jest to być możne najbardziej sezonowe danie (cytrusy dostępne są cały rok), ale mają w sobie coś z lata, więc nie będą gryzły się z aurą (tym bardziej, że w tym roku w Polsce lato nas nie rozpieszcza).

Naleśniki w sosie cytrusowym















Składniki (Marta podaje, że z tej ilości składników wyszły jej 4 naleśniki, natomiast mi wyszło 6 przy smażeniu na patelni o średnicy 26 cm; po 3 naleśniki na głowę to w naszym przypadku optymalna porcja, ale my jemy więcej niż normalni ludzie - jeśli w przepisie jest napisane, że to porcja dla 4 osób tzn., że jest idealna dla nas dwojga ;-)

NA NALEŚNIKI
  • 1 szklanka mąki (pszennej)
  • 1 szklanka mleka (użyłam bez laktozy)
  • 2/3 szklanki wody
  • 2 jajka
  • szczypta soli
  • 3 łyżki oliwy
NA SOS
  • 3 łyżki cukru (białego)
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • sok z 1 mandarynki
  • sok z 2 pomarańczy
  • sok z 1 cytryny (w oryginale jest 1/2, ale jak zużywam tylko połowę, potem druga połowa tygodniami poniewiera się po lodówce; nie uważam, że sok z całej to za dużo, smak był dobry)
  • 3 łyżki masła
Przygotowanie:
  1. wszystkie składniki na naleśniki mieszamy w misce (ja zwykle robię to mikserem, bo trzepaczką jeszcze chyba nigdy nie udało mi się wymieszać tak, żeby małe grudki mąki nie pływały na powierzchni)
  2. z tak otrzymanego ciasta smażymy naleśniki (patelni nie trzeba natłuszczać, bo do ciasta dodaliśmy oliwę) i odkładamy na bok
  3. po usmażeniu naleśników zabieramy się za przygotowanie sosu - na patelnię (może być ta sama, na której były smażone naleśniki) rozgrzaną na średnim ogniu wsypujemy cukier, polewamy sokiem z mandarynki i dodajemy skórkę z pomarańczy, a następnie czekamy, aż cukier się rozpuści
  4. następnie dodajemy sok z pomarańczy i z cytryny, a dalej masło i pozwalamy, aby całość chwilę się podgotowała
  5. naleśniki kładziemy pojedynczo na patelni z sosem, czekamy aż sos je pokryje, a następnie składany w trójkąt (tak jak klasyczne polskie naleśniki z serem na słodko) - gdy będzie ich tyle (4), żeby zapełniły całą patelnię, wkładamy wszystkie jeszcze na chwilę co ciepłego sosu, a następnie serwujemy (w moim przypadku wyjęłam te 4 naleśniki z patelni, zaserwowałam, a w międzyczasie 2 pozostałe wrzuciłam do sosu, żeby nim nasiąkły, podczas gdy my pałaszowaliśmy pierwszą serię; sosu spokojnie wystarczyło do nasączenia 6 naleśników)
  6. ciepłe naleśniki wykładamy na talerz i serwujemy - u mnie z plastrem świeżej pomarańczy i listkami mięty
Smacznego :-)



niedziela, 9 lipca 2017

Sałatka z serem halloumi, rabarbarem i truskawkami

Rabarbaru w niedeserowej formie pierwszy raz spróbowałam 2-3 lata temu - był składnikiem sezonowego dania serwowanego w restauracji. Od tamtej pory ten rabarbar za mną chodził, wydawało mi się, że może dobrze skomponować się ze słonym serem halloumi. Była jedna czy dwie próby, ale nie byłam zadowolona z tego, jak to połączenie wyglądało - rabarbar zwykle się rozpadał, osiągając konsystencję nieapetycznej brei.

W tym sezonie rabarbarowym zawzięłam się, poszperałam w internecie i znalazłam przepis na sałatkę z rabarbarem, gdzie rabarbar był przygotowany w sposób umożliwiający zachowanie ładnego wyglądu, a jednocześnie odpowiedniej miękkości tego składnika. Był to przepis Yottama Ottolenghiego na sałatkę z pieczonym rabarbarem i burakami. Moja propozycja jest bez buraków, za to z truskawkami, na które sezon właśnie się kończy, a więc można trafić na naprawdę słodkie okazy.
Polecam Wam tą sałatkę, póki truskawki jeszcze są - gdy sezon się skończy, można eksperymentować z burakami :-)

Zachęcam Was też do wypróbowania innych sałatek z owocami:

Sałatka z serem halloumi, rabarbarem i truskawkami




















Składniki (dla 2 osób):
  • 1 kostka sera halloumi (ok 250g)
  • 2 łodygi rabarbaru (ok 200g)
  • 1 łyżka cukru
  • 10 truskawek
  • 2 duże gaście roszponki (może być również młody szpinak lub miks sałat)
  • 3 łyżki oliwy z oliwek + trochę oliwy do natłuszczenia patelni
  • 1 łyżka octu winnego
  • kilka gałązek świeżego tymianku (opcjonalnie)
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Rabarbar myjemy, obieramy i kroimy na kawałki o długości 2-3 cm (wszystkie powinny być podobnej długości, bo dzięki temu upieką się w takim samym czasie)
  2. Blaszkę do pieczenia wykładamy papierem do pieczenia, rozkładamy na nim kawałki rabarbaru i posypujemy cukrem (dobrze jest obtoczyć kawałki rabarbaru w cukrze)
  3. Tak przygotowaną blachę wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 200 stopnic Celsjusza i pieczemy przez 10-12 min do momentu, aż będzie miękki, ale jednocześnie nie będzie się rozpadał czy rozmazywał
  4. Upieczony rabarbar wyjmujemy z piekarnika i odstawiamy do wystudzenia
  5. Ser halloumi kroimy na grube plastry (ja z całej kostki robiłam 4 plastry)
  6. Patelnię grillową lub zwykłą natłuszczamy niedużą ilością oliwy, rozgrzewamy, a następnie smażymy plastry sera, z obu stron, do uzyskania złoto-brązowego koloru
  7. 3 łyżki oliwy łączymy z 1 łyżką octu winnego, doprawiamy solą i pieprzem do smaku
  8. Tak przygotowany dressing mieszamy z roszponką i wykładamy na talerze
  9. Na roszponce układamy plastry halloumi, upieczony rabarbar i przekrojone na pół truskawki
  10. Całość posypujemy listkami świeżego tymianku
Smacznego :-)

piątek, 26 maja 2017

Różane ciasteczka na Dzień Matki

Trochę ściema z tym tytułem, bo ciasteczka były pieczone na targi ślubne, na których swoje projekty zaproszeń i dodatków prezentowało zaprzyjaźnione Goodlove Studio (gorąco polecam). Potrzebny był jakiś wabik ;-) Ciasteczka, owszem, zwabiły, ale innych wystawców, którzy podobno pochłonęli wabiki jeszcze zanim targi na dobre się rozkręciły... Niesamowite dla mnie jest to, jak atrakcyjne potrafią być proste ciastka własnej roboty (sprawdza się to również w innych okolicznościach i z innymi niż te wypiekami). Czy nikt już nie piecze w domu i dlatego częstowanie własnoręcznie wykonanymi słodkościami wzbudza taką sensację? :-)

Po przetestowaniu ciasteczek na targach ślubnych, pomyślałam, że mogą być dobrym pomysłem na słodki prezent na Dzień Matki. Kształt serca będzie idealny. Różany dodatek sprawia, że motywy kwiatowe również mamy odhaczone. Ale nawet jeśli zrobicie te ciasteczka w innym kształcie, czy z innym dodatkiem, jestem przekonana, że Waszym Mamom (i Tatom, i Dzieciom, i innym członkom rodziny też) będą smakowały - są kruche, delikatne i bardzo smaczne. Zróbcie je dla Waszych bliskich, gwarantuję, że będą zachwyceni smakiem i gestem.

Wszystkim Mamom (a w szczególności mojej) życzę wszystkiego najlepszego :-)

Różane ciasteczka
[bazowałam na przepisie z bloga "Mama na diecie bezmlecznej"]




















Składniki (na kilkanaście sztuk)
  • 125g mąki pszennej
  • 50g cukru pudru
  • 75g masła (w oryginalnym przepisie jest bezmleczna margaryna)
  • 1 żółtko
  • szczypta soli
  • 2 łyżeczki wody różanej (w oryginalnym przepisie była 1 łyżeczka; wodę różaną można kupić w sklepach z bliskowschodnią żywnością, w Kuchniach Świata, jest też dostępna w wielu supermarketach)
  • opcjonalnie: 1 łyżka połamanych na małe kawałki suszonych płatków róży (smaku to nie zmienia, ot kaprys, żeby było więcej różanych składników w tych różanych ciastkach)
Przygotowanie:
  1. mąkę łączymy z cukrem pudrem (przesianym, żeby nie było grudek), szczyptą soli i (opcjonalnie) płatkami
  2. zimne masło ścieramy na tarce o grubych oczkach lub siekamy nożem, łączymy z suchą mieszaniną, a następnie rozcieramy w palcach (tak jak kruszonkę)
  3. dodajemy żółtko wymieszane z wodą różaną i zagniatamy ciasto
  4. z ciasta formujemy kulę, owijamy ją folią spożywczą i chowamy do lodówki na ok 1 godzinę
  5. po schłodzeniu wyjmujemy ciasto z lodówki, rozwałkowujemy na placek o grubości ok 3 mm i wykrajamy ciasteczka (kształt dowolny)
  6. ciasteczka układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, a następnie wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni Celsjusza (bez termoobiegu, grzanie od dołu i od góry) i pieczemy przez ok. 10 min (trzeba obserwować, być może w Waszych piekarnikach ciasteczka będą gotowe szybciej lub będą potrzebowały więcej czasu - mają mieć lekko złocisty kolor)
  7. po upieczeniu wyjmujemy i studzimy, a następnie delikatnie (bo są kruche) przekładamy na talerz czy do opakowania
Ciasteczka nie są idealnie gładkie ani zjawiskowo piękne, obdarowana (-y) nie będzie więc miała wątpliwości, że to domowa robota, a nie tzw. "kupne" ;-)



sobota, 6 maja 2017

Jajeczne muffiny ze szparagami

Tegoroczny sezon szparagowy uważam za otwarty :-) Jak szparagi to z jajkiem - wydaje mi się, że niewiele jest składników, które tak dobrze pasują do tych zielonych warzyw, nie zabijając, a wręcz podkreślając ich delikatny smak. Dziś propozycja na śniadanie - jajeczne muffiny. Można przygotować je w wersji wegetariańskiej lub z dodatkiem wędliny. U mnie były z zielonymi szparagami, polędwicą sopocką i szczypiorkiem. Zastąpienie szparagów innymi warzywami (np. szpinakiem, cukinią czy papryką), a wędliny - serem (np. fetą lub miękkim kozim) na pewno tym muffinom nie zaszkodzi. Można je traktować jako bazę do "dań nawinie", dodając to, co się akurat nawinie :-) Są fajną alternatywą dla jajek w postaci jajecznicy czy omletów, wymagającą mniej uwagi niż jajecznica czy omlet (nad muffinami nie trzeba stać i pilnować, żeby zbytnio się nie spiekły/nie wysuszyły).

Jajeczne muffiny ze szparagami















Składniki (dla 2-3 osób):
  • 4 jajka
  • kilka plastrów wędliny (u mnie 8 plasterków polędwicy sopockiej)
  • 10 cieńszych lub 6 grubszych zielonych szparagów
  • 1 łodyżka szczypiorku
  • 1 łyżeczka masła
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Szparagi myjemy, odcinamy zdrewniałą końcówkę i kroimy na 2-3mm plasterki, zostawiając główkę w całości
  2. Plasterki wędliny siekamy na mniejsze kawałki i przez chwilę podsmażamy na roztopionym na patelni maśle, do zrumienienia
  3. Drobno siekamy szczypiorek
  4. Gdy wędlina będzie już usmażona, przed wyłączeniem "ognia" pod patelnią, dorzucamy na patelnię plasterki szparagów (bez główek) i posiekany szczypiorek, mieszamy, doprawiamy szczyptą soli i pozostawiamy na ciepłej patelni
  5. Blachę do muffinów (6 szt.) natłuszczamy lub wykładamy papilotkami albo kawałkami papieru do pieczenia (jeśli macie dwie blachy na 6 muffinów, możecie na jednej z nich poukładać kawałki papieru, a następnie przygnieść je drugą blachą od góry, wtedy kawałki papieru łatwiej wpasują się w dolną blachę)
  6. Do każdego zagłębienia blachy/każdej papilotki nakładamy po czubatej łyżce mieszaniny  
  7. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu, bez termoobiegu
  8. Jajka wbijamy do miski, doprawiamy 4 dużymi szczyptami soli i 4 małymi szczyptami pieprzu (po jednej szczypcie soli i pieprzu na każde jajko :-) i roztrzepujemy trzepaczką
  9. Do każdego zagłębienia blachy/każdej papilotki wypełnionego/j farszem wlewamy trochę jajecznej masy (starając się, żeby porcje były podobnych rozmiarów), a na wierzchu każdej porcji układamy główkę szparaga
  10. Blachę wstawiamy do rozgrzanego piekarnika, na środkową półkę, i pieczemy przez ok 20 min (aż masa jajeczna całkowicie się zetnie, a muffiny lekko zarumienią)
  11. Po upieczeniu wyjmujemy z piekarnika i serwujemy na ciepło (aczkolwiek niektóre przepisy mówią, że takie muffiny są smaczne również po wystygnięciu - tutaj muszę wierzyć na słowo, bo nie próbowałam), np. z dodatkiem świeżego pieczywa i pomidorów
Smacznego :-)

P.S. Zachęcam również do wypróbowania innych jajeczno-szparagowych przepisów:


sobota, 29 kwietnia 2017

Sałatka z pomarańczy, buraków i sera feta

Wiosna to moja ulubiona pora roku - szczególnie, jeśli aura jest nieco bardziej sprzyjająca niż tegoroczna. Po ok 20-stopniowym wiosennym "upale" na samym początku kwietnia, reszta miesiąca dobrą pogodą niestety nie rozpieszczała. Wygląda na to, że początek maja też nie będzie najcieplejszy. Nastrój można poprawić sobie w kuchni, choć obfitość świeżych składników jeszcze przed nami - zamiast tegorocznych zbiorów można sięgnąć po produkty dostępne przez cały rok i połączyć je w przyjemną dla oka i orzeźwiającą jak wiosna kompozycję, jak np. sałatkę z pomarańczy, buraków i sera feta :-)

Pomysł na tą sałatkę zaczerpnęłam z Pinteresta, szukając inspiracji do bufetu na wieczór panieński bliskiej znajomej. Potrzebowałam pomysłu na proste, efektowne i smaczne dania, pasujące jednocześnie do charakteru wieczoru (tzw. damskie jedzenie ;-) Ta sałatka moim zdaniem wszystkie te cechy posiada, a dodatkowo zabiera buraki, których gwiazda wieczoru jest miłośniczką. Polecam na wieczory panieńskie i inne okazje, przez cały rok.

Sałatka z pomarańczy, buraków i sera feta



















Składniki (dla 1-2 osób; jeśli to ma być tylko przystawka, wystarczy dla 2 osób):
  • 2 duże pomarańcze
  • 1 średniej wielkości burak
  • 1/2 małej czerwonej cebuli
  • 60-70g sera feta (z mieszanki koziego i owczego sera; ok.1/3 kostki)
  • garść liści świeżej mięty
  • 1 łyżka białego octu winnego
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Buraka myjemy, a następnie, bez obierania, gotujemy w wodzie lub owijamy w folię aluminiową i pieczemy w piekarniku do miękkości
  2. Po ugotowaniu/upieczeniu studzimy, obieramy ze skórki i kroimy w grubsze półplasterki
  3. Pomarańczę myjemy, obieramy ze skórki, a następnie filetujemy (tutaj znajdziecie materiał video, który prezentuje, jak to zrobić)
  4. Z tego, co pozostało z pomarańczy po filetowaniu (szkielet? :-) wyciskamy do miseczki sok
  5. Cebulę obieramy i kroimy w cienkie półplasterki
  6. W miseczce łączymy 3 łyżki soku wyciśniętego z pomarańczy z 1 łyżką octu i wrzucamy do niej pokrojoną cebulę (kwas sprawi, że jej ostry smak stanie się nieco łagodniejszy, a plasterki zmiękną) i odstawiamy na kilka minut
  7. Na talerzu rozkładamy pokrojone buraki i cząstki ("filety") z pomarańczy, a na wierzchu - plasterki cebuli
  8. Mieszankę soku z pomarańczy i octu łączymy z 2 łyżkami oliwy, doprawiamy solą i pieprzem, a następnie tak przygotowanym dressingiem polewamy buraki z pomarańczami i cebulą
  9. Wierzch sałatki posypujemy pokruszonym serem feta i listkami (jeśli są duże, warto je wcześniej posiekać) mięty
Smacznego :-)

niedziela, 2 kwietnia 2017

Kokosanki

Mój Tato nie lubi smaku kokosa, więc w moim rodzinnym domu kokos pojawiał się rzadko, a kokosanki jadłam głównie u znajomych. W moim własnym gospodarstwie domowym kokosowe produkty pojawiają się często, szczególnie olej kokosowy (bardzo dobry do smażenia, świetnie znosi wysokie temperatury, neutralny w smaku) i mleczko kokosowe (dodatek do zup, sosów i deserów). Wiórki kokosowe występują głównie w roli dodatku do słodkich wypieków, które robię w zasadzie tylko wtedy, gdy wiem, że będziemy mieli gości - Wybranek ma bardzo selektywne podejście do ciast, więc robiąc całą blachę bez okazji, zwykle ryzykuję, że będę ją musiała zjeść sama (nie twierdzę, że to jest ponad moje możliwości ;-)

Kokosanki zrobiłam pierwszy raz na kameralną imprezę sylwestrową, w dresach i z "Dwójką" (tzn. przed telewizorem, z oglądaniem transmisji z zabawy sylwestrowej organizowanej przez TVP2). Niesłodkich dań miało byś sporo, pomyślałam więc, że deser w postaci kokosowych kuleczek wystarczy. Potem robiłam kokosanki jeszcze kilka razy, zwykle było to motywowane wykorzystaniem w innym przepisie jedynie żółtek (szkoda wyrzucać białka, szczególnie, gdy jest ich sporo, a jednocześnie robienie koksiarskiego omletu z samych białek nie wchodzi w grę ;-)

Przepis zaczerpnęłam z bloga Poezja Smaku.

Kokosanki















Składniki:
  • 300 g wiórków kokosowych (w Tesco można dostać duże opakowania)
  • 4 białka (autorka oryginalnego przepisu podpowiada, że powinny to być białka ze średniej wielkości jajek, więc jeśli Wasze jajka były małe, spokojnie można dodać 1 białko więcej
  • 85 g cukru
  • 85 g masła
  • 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
Przygotowanie:
  1. Masło rozpuszczamy, a następnie mieszamy je z wiórkami kokosowymi
  2. W osobnym naczyniu ubijamy białka, a gdy piana będzie sztywna, stopniowo dodajemy cukier, cały czas ubijając
  3. Do mieszanki białek i cukru dodajemy mąkę, mieszamy
  4. Odkładamy mikser, a do białkowo-cukrowo-mącznej masy dodajemy połowę wiórków z masłem i delikatnie mieszamy (łyżką), żeby połączyć składniki, ale nie zniszczyć piany
  5. Następnie dodajemy drugą połowę wiórków z masłem i również delikatnie mieszamy
  6. Z uzyskanej masy lepimy kulki wielkości orzecha włoskiego i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia (autorka oryginalnego przepisu radzi każdą kulkę lekko spłaszczyć)
  7. Blaszkę wstawiamy do piekarnika do rozgrzanego do 170 stopni Celsjusza piekarnika (grzanie od góry i o dołu, bez termoobiegu) na środkową półkę i pieczemy ok 15 minut (u mnie zajęło to nieco więcej czasu, ok 20 minut, trzeba po prostu obserwować kokosanki i wyjąć z pieca, gdy będą miały złoty kolor)
Kokosanki z tego przepisu są chrupiące na wierzchu, a miękkie i lekko ciągnące w środku, niezbyt słodkie.

Smacznego :-)