sobota, 6 stycznia 2018

Sałatka z pieczonymi słodkimi ziemniakami, komosą ryżową i awokado

Ta sałatka pewnego dnia wyświetliła się na stronie głównej mojego prywatnego profilu na Pintereście. Urzekła mnie wyglądem, zainteresowała składem - słodkie ziemniaki (bataty), komosa ryżowa (quinoa), awokado... To ostatnie sprawiło, że przypomniałam sobie o opinii, wygłoszonej przez pewnego australijskiego biznesmena, który dorobił się na nieruchomościach. W jednym z wywiadów, które udzielał, pytany o rady dla młodych ludzi chcących kupić własne mieszkanie, powiedział: "Przestańcie kupować awokado". Jego zdaniem wydawanie pieniędzy na drogie produkty spożywcze i jedzenie "na mieście" sprawia, że młodych ludzi nie stać na własne mieszkanie, a ci z nich, którzy mieszkania się dorobili, ciężko na to pracowali i oszczędzali. Skoro samo kupowanie awokado pozbawia młodych ludzi szans na własne mieszkanie, trudno mi sobie wyobrazić, co ów trzydziestokilkuletni mędrzec powiedziałby o tej sałatce ;-) "Sałatka, która Cię zrujnuje"? Sałatka "Nigdy nie będzie Cię stać na własne mieszkanie"?

Muszę przyznać, że dla mnie fakt, czy coś jest tzw. superfoods czy nie, nie ma większego znaczenia (podobno mega superfoods to zwykła biała kapusta, ale nikomu nie opłaca się jej promować w ten sposób). Liczy się smak. No i wygląd też trochę, w końcu to właśnie zdjęcie tej sałatki wyłapane na Pintereście sprawiło, że ją zrobiłam. Koszt produktów do tej sałatki nie zrujnuje Waszego domowego budżetu, tym bardziej, że nie wyobrażam sobie, żebyście od wypróbowania tego przepisu pierwszy raz postanowili już nic innego nigdy nie jeść ;-)

Oprócz tego, że ładnie wygląda i dobrze smakuje, sałatka ta składa się ze składników, które uchodzą za "zdrowe" - świeże, naturalne, upieczone lub surowe, pełne składników odżywczych. Nie ma w niej mięsa ani nabiału, ale to wcale nie przeszkadza jej być naprawdę sycącym daniem. Fajne na kolację lub na lunch (ale z czosnkiem w dressingu), raczej nie na przystawkę, bo będzie problem ze zmieszczeniem dania głównego.

Autorką oryginalnego przepisu, który nieco zmodyfikowałam (nie dodaję suszonej żurawiny ani suszonych ziół, a dodaję pomidorki), jest Chelsea Lords, która prowadzi blog o nazwie "Chelsea's Messy Apron".

Sałatka z pieczonymi słodkimi ziemniakami i komosą ryżową



















Składniki (dla 4-6 osób, w zależności od rozmiarów apetytu ;-)
  • 2 średniej wielkości słodkie ziemniaki
  • 1 szklanka surowej komosy ryżowej
  • 1 duże awokado
  • ok. 250g pomidorków koktajlowych
  • 1 opakowanie świeżego młodego szpinaku
  • 1/2 szklanki oliwy z oliwek (właśnie dlatego ta sałatka jest taka sycąca ;-) + trochę do natłuszczenia ziemniaków
  • sok z 1/2 cytryny
  • 4 łyżki octu z czerwonego wina
  • 2 łyżki lejącego miodu lub syropu z agawy (mój dodatek, moim zdaniem bez tego dressing jest zbyt octowy)
  • 1 ząbek czosnku
  • 1,5 łyżki musztardy dijon (według autorki oryginalnego przepisu inna się nie nadaje)
  • opcjonalnie (mój dodatek): 1 łyżka musztardy francuskiej (= ziarnistej)
  • sól i pieprz do smaku
  • opcjonalnie: świeża bazylia i czarny sezam do posypania
Przygotowanie:
  1. ziemniaki myjemy, obieramy, kroimy w dużą kostkę, a następnie natłuszczamy 2-3 łyżkami oliwy z ok. 1/4 łyżeczki soli, rozkładamy na blaszce do pieczenia wyłożonej papierem do pieczenia i pieczemy przez 20 min w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni Celsjusza (grzanie od dołu i od góry, bez termoobiegu), po upieczeniu studzimy
  2. kaszę płuczemy na sitku pod bieżącą wodą, a następnie wsypujemy do garnka, zalewamy 2 szklankami wody, dodajemy szczyptę soli i gotujemy do momentu, aż woda wyparuje, a kasza będzie sypka, po ugotowaniu studzimy
  3. awokado obieramy, pozbywamy się pestki, kroimy w kostkę
  4. pomidorki myjemy i przekrajamy na połówki lub ćwiartki
  5. przygotowujemy dressing: łączymy czosnek obrany i przepuszczony przez praskę z sokiem z cytryny, musztardą (oba rodzaje), octem, miodem i oliwą, mieszamy, doprawiamy do smaku solą i pieprzem
  6. do miski wkładamy liście szpinaku i wsypujemy kaszę, wlewamy połowę dressingu i mieszamy, żeby kasza i liście szpinaku dobrze pokryły się dressingiem
  7. doprawiony szpinak z kaszą przekładamy na talerz lub talerze, na których sałatka będzie serwowana
  8. na szpinaku i kaszy układamy upieczone ziemniaki, pokrojone awokado i pomidorki, a następnie równomiernie polewamy drugą połową dressingu
  9. na końcu całość możemy posypać posiekaną świeżą bazylią i/lub czarnym sezamem 
Smacznego :-)



poniedziałek, 1 stycznia 2018

Czorne klóski

Moją i Wybranka tradycją od kilku lat jest gotowanie w Sylwestra jakichś kluchów, które umilą nam spędzanie tego wieczoru w dresach, na sofie. Próbowaliśmy różnych innych pomysłów na spędzenie ostatniego dnia mijającego roku, ale "imprezowanie" w domowych pieleszach okazało się najbardziej spójne z naszą naturą.

Kluchy to raczej określenie, obejmujące różnego rodzaju potrawy mączne :-) Odkąd ta tradycja się wykształciła (a raczej - została wykształcona), w naszym sylwestrowym menu gościły już: pyzy, kluski śląskie, azjatyckie pierożki z ciasta ryżowego gotowane na parze (niestety z jakichś powodów przepisu nie wrzuciłam na bloga, ale może naprawię ten błąd w tym roku), chinkali i kluski kładzione. W tym roku do listy dołączyły pochodzące ze śląska czorne klóski, czyli kluski z gotowanych i surowych ziemniaków, nazywane na Śląski również kluskami tartymi (bo surowe ziemniaki trze się na tarce) lub kluskami polskimi (dla odróżnienia ich od klusków śląskich). Określenie "czorne" pochodzi od koloru klusków, który jest tym ciemniejszy, im większy jest udział surowych ziemniaków w całej masie. U mnie było pół na pół, więc wyszły raczej szare.

Do zrobienia akurat tych klusków w Sylwestra 2017 zainspirowała mnie książka pt. "Ślónska kuchnia dla Hanysów i Goroli" autorstwa Joanny Furgalińskiej, którą przywiozłam z ostatniej służbowej wyprawy do Katowic. Wydało ją wydawnictwo PWN, ja kupiłam mój egzemplarz na dworcu PKP w Katowicach. Książka zawiera kilkadziesiąt przepisów na tradycyjne śląskie potrawy, które zostały przedstawione w formie obrazkowej. Obrazkom towarzyszą opisy poszczególnych czynności i składników w śląskiej gwarze.

Tym, co urzekło mnie w przepisie na czorne klóski, była bardzo krótka lista składników. Podczas gdy w wielu popularnych dziś daniach, szczególnie kuchni azjatyckiej, lista składników zdaje się nie mieć końca (szczególnie różnego rodzaju przypraw i sosów, z których korzystam raczej sporadycznie), w przypadku tego przepisu lista składa się z... dwóch pozycji: ziemniaków i soli. Nie ma tu żadnej wielkiej filozofii: bierzemy jakąś ilość ziemniaków (w oryginalnym przepisie jest 1,5kg, u mnie były 2 kg), połowę gotujemy, drugą połowę (surową) ścieramy na tarce, łączymy, gotujemy, i tyle. Jak to zwykle bywa z prostymi przepisami ważne są konkretne cechy składników - przekonałam się o tym, gdy wrzuciłam pierwszą porcję klusków do garna z wrzącą wodą. Ziemniaki, z których skorzystałam (przyznaję, przypadkowe), nie były najwyraźniej wystarczająco mączne, a przez to ciasto na kluski wyszło zbyt "luźne" i kluski zaczęły się rozpadać w trakcie gotowania. Dodałam więc 4 łyżki mąki ziemniaczanej i to pomogło. Przy kolejnych przygodach z czornymi kluskami albo będę z automatu dosypywała mąki, albo będę pilnowała, żeby kupić ziemniaki odpowiedniej odmiany (mącznej).

My pochłonęliśmy kluski z dodatkiem podsmażonej cebulki i boczku wędzonego, ale równie dobrze można je podać z jakimś sosem mięsnym lub grzybowym, jako dodatek do dania głównego.

Czorne klóski



















Składniki (dla 6 osób)
  • 2 kg ziemniaków
  • 4 łyżki mąki ziemniaczanej
  • sól do osolenia wody
Przygotowanie:
  1. Wszystkie ziemniaki obieramy i dzielimy na połowy
  2. Jedną połowę gotujemy w osolonej wodzie, a po ugotowaniu, jeszcze ciepłe, rozgniatamy lub przepuszczamy przez praskę, aby uzyskać gładką masę
  3. Drugą połowę ścieramy na tarce (na małych oczkach), najlepiej umieszczając w misce sitko i trąc ziemniaki na to sitko w celu zebrania uwalniającego się z tartych ziemniaków skrobiowego płynu, który będzie gromadził się na dnie miski, skapując z sitka
  4. Po utarciu ziemniaków, wyciskamy z nich resztę płynu, który sam nie wypłynął w trakcie tarcia (w oryginalnym przepisie płyn z ziemniaków wyciska się za pomocą gazy, ale nie sądzę, żeby gaza byłą standardowym elementem wyposażenia współczesnych kuchni, więc skorzystanie z sitka może być praktyczniejszym pomysłem)
  5. Płyn powinien podzielić się na dwie części - skrobię, która odkłada się na dnie miski, oraz wodę; skrobię zachowujemy, wodę wylewamy
  6. Łączymy ugotowane i surowe ziemniaki, dodajemy skrobię z tartych ziemniaków oraz mąkę ziemniaczaną, a następnie wyrabiamy na gładką masę
  7. Z masy formujemy okrągłe kluski wielkości dużego orzecha włoskiego, wrzucamy na osolony wrzątek, mieszamy i gotujemy przez ok. 2-3 minuty od wypłynięcia klusków na powierzchnię
  8. Serwujemy od razu po ugotowaniu, z omastą/sosem - najlepsze są świeże, acz odgrzewane również da się zjeść ;-)
Smacznego :-)

czwartek, 28 grudnia 2017

Pieczony camembert, czyli fondue na szybko

Pomysł na pieczony camembert powstał przy okazji rozważań nad możliwościami wykorzystania produktów zalegających w lodówce. Z łakomstwa zdarza mi się coś kupić, a potem leży to w lodówce i czeka na swoją kolej - w tym przypadku był to duży (250g) ser camembert w sklejkowym koszyczku marki Le Rustique (do kupienia w różnych supermarketach w Polsce). Sam pomysł upieczenia camamberta skopiowałam od Jamiego Olivera - kupiłam jego książkę pt. "Każdy może gotować" mojemu młodszemu Bratu (pozdrawiam :-) i sama ściągnęłam stamtąd kilka przepisów, m.in. na makaron z pieczonym serem camembert. W tym przepisie ser przygotowuje się tak, aby zmieszać go z makaronem, natomiast w przepisie, którym chciałabym się z Wami dziś podzielić, camembert jest serwowany w całości - płynny środek służy jako dip, a skórka jako naczynie, w którym ten dip serwujemy. Kupienie sera w sklejkowym koszyczku jest o tyle istotne, że pomaga on utrzymać ser w ryzach w trakcie pieczenia. W efekcie otrzymujemy camembertowe fondue w jadalnej miseczce (podpieczoną skórkę można na koniec zjeść, ale sklejkowego koszyczka jeść raczej nie polecam ;-)

Trudno mi teraz wskazać jedno konkretne źródło w internecie, z którego zaczerpnęłam technikę pieczenia i doprawiania sera. O ile się nie mylę, przejrzałam kilka stron i filmików na You Tube i na bazie dostępnych tam wskazówek, wypracowałam podejście zaprezentowane poniżej.

Polecam Wam to danie jako przekąskę do oglądania filmów/wydarzeń sportowych czy na imprezy - jest smaczne, a jego przygotowanie nie zajmuje dużo czasu. Do tego camembertowego fondue można serwować zarówno świeże warzywa pokrojone w łatwe do maczania słupki, jak i świeże pieczywo czy oliwki.

Pieczony camembert



















Składniki (dla 2 żarłocznych osób lub 4 osób z normalnym apetytem)
  • 1 duży ser camembert (250g) w sklejkowym koszyczku
  • 2 (normalnej wielkości) ząbki czosnku
  • 1 łyżka (płaska) płynnego miodu
  • 1 gałązka świeżego rozmarynu lub 3-4 gałązki tymianku
Przygotowanie:
  1. Piekarnik rozgrzewamy do temperatury 200 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu, bez termoobiegu
  2. Camembert wyjmujemy ze sklejkowego koszyczka, odwijamy z papierka, papierek wyrzucamy, a ser wkładamy z powrotem do koszyczka, a koszyczek kładziemy na blaszce do pieczenia lub kawałku folii aluminiowej/papieru do pieczenia (w razie gdyby środek jednak wypłynął)
  3. Czosnek obieramy i kroimy w słupki, a następnie każdy słupek wtykamy w wierzch camemberta
  4. Naszpikowany czosnkiem wierzch sera polewamy miodem i posypujemy posiekanymi igłami rozmarynu lub listkami oskubanymi z łodyg tymianku
  5. Tak przygotowany ser wstawiamy do piekarnika, na środkową półkę, i pieczemy przez 20 min, do uzyskania lekko złotego koloru na wierzchu (ważne jest, aby piekarnik był rzeczywiście dobrze rozgrzany, a temperatura nie spadła w trakcie pieczenia - raz mi się to przytrafiło i mimo pieczenia sera przez 40 minut, fondue nie wyszło, wyszedł raczej camembertowy sernik...)
  6. Po upieczeniu wyjmujemy ser z piekarnika, nacinamy wierzch czubkiem ostrego noża i serwujemy (cały czas w sklejkowym koszyczku)
Smacznego :-)

niedziela, 22 października 2017

Zupa ogórkowa

Sezon zupny uważam za otwarty :-) Po wczorajszej grochówce, czas na ogórkową z kiszonych ogórków. To jedna z moich ulubionych zup, której nigdy nie odmówię. Moja mama gotowała ją często (obok kalafiorowej, rosołu z makaronem i żurku), to dla mnie jeden z najlepiej zapamiętanych smaków dzieciństwa.

Wydawało mi się, że z taką zupą niewiele kreatywnego można zrobić, ale myliłam się. Samo zblenderowanie i zmniejszenie ilości wody, w celu uzyskania zupy ogórkowej w postaci kremu sprawia, że zupa zyskuje nowe życie. Miałam okazję przekonać się o tym w Dworze Sanna, położonym niedaleko Janowa Lubelskiego, gdzie taka zupa była serwowana w sierpniu. Liczyłam, że uda mi się zrobić taki krem, ale niestety za szybko zjedliśmy zupę w klasycznym wydaniu, nic nie zostało do eksperymentów ;-)

Zupa ogórkowa




















Składniki (na 4-6 porcji):
  • 1,5 litra bulionu (u mnie wołowy)
  • płyn z kiszonych ogórków z 1-litrowego słoika z ogórkami (kwasu można dodać więcej, w zależności od preferencji)
  • 300g kiszonych ogórków
  • 2 średniej wielkości marchewki
  • 2 duże ziemniaki
  • 2 łyżki śmietany
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Marchew i ziemniaki myjemy, obieramy i kroimy w kostkę
  2. Ogórki ścieramy (u mnie ze skórką, ale można obrać - jeśli obieracie, weźcie nieco więcej ogórków niż 300g) na tarce o dużych oczkach
  3. Bulion łączymy z kwasem z ogórków, dorzucamy pokrojone marchew i ziemniaki oraz starte na tarce ogórki i gotujemy aż ziemniaki i marchew będą miękkie
  4. Przed podaniem zabielamy śmietaną (stopniowo ogrzewając śmietanę płynem z zupy, w osobnej miseczce, a dopiero gdy mieszanina będzie ciepła, wlewając do garnka) i doprawiamy do smaku solą i pieprzem
Smacznego :-)

sobota, 21 października 2017

Grochówka... miejska

W Warszawie przez cały roboczy tydzień panowała złota polska jesień. Wraz z nastaniem weekendu ze złotej zamieniła się w burą i mglistą. A może to nie mgła, tylko smog. Kto wie. Na taką aurę dobra jest ciepła zupa, najlepiej taka, jaką robiły nasze babcie czy mamy, przywołująca miłe wspomnienia z rodzinnego domu. Taki "comfort food", plaster na serce i na żołądek.

To może grochówka? W kuchni mojej mamy i babć nie gościła zbyt często, kojarzy mi się raczej z jakimiś obozami wędrownymi (gdzie grochówkę robiło się z proszku, wkrajając doń mielonkę, jak wspomina Wybranek) czy imprezami plenerowymi. I z kuchniami polowymi ustawionymi wzdłuż leśnych tras, które z rodzicami i rodzeństwem przemierzaliśmy. Pamiętam transparenty z ręcznie wypisanym "Wojskowa grochówka", ale nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek skorzystali z ich oferty gastronomicznej. Więc w sumie nie wiem, dlaczego zachciało nam się akurat grochówki :-)

Sprawdziłam kilka książek i blogów w poszukiwaniu przepisu, ale żaden mnie nie zachwycił, z tego prostego względu, że w większości pojawiały się wędzone żeberka (w jednej książce była grochówka na świńskich uszach, taka ciekawostka). Nie przypominam sobie, żebym widziała wędzone żeberka w jakimś mięsnym sklepie w Warszawie, a nie jestem na tyle ambitna, żeby wędzić sama (szczególnie, że wędzarni nie posiadam). Więc stwierdziłam, że zrobię grochówkę po swojemu, a na przekór większości przepisów, które prezentowały "grochówkę wiejską", moja będzie miejska. Bo w mieście gotowana przecież. Zamiast wędzonych żeberek (lub świńskich uszu) wzięłam wędzony boczek. W mojej zupie pojawił się też seler naciowy, a to dlatego, że kupiłam go do innej potrawy, ale całego nie zużyłam - żeby się nie zmarnował, stwierdziłam, że sprofanuję nim grochówkę. Niemniej jednak absolutnie nie jest to składnik w tym daniu niezbędny, jak najbardziej można go pominąć. Reszta składników raczej standardowa - łuskany suszony groch z torebki, ziemniaki, marchew, cebula, przyprawy. I bulion wołowy. Wyszła z tego całkiem smaczna zupa, polecam na zimnie i ciemne dni. Takie jak ta sobota w Warszawie.

Grochówka miejska


Składniki (na 4 duże porcje)
- 1,5 litra bulionu wołowego
- 400g grochu suszonego, łuskanego (polecam łuskany, bo - jak piszą mądre panie w mądrych książkach kucharskich - wówczas nie trzeba namaczać)
- 2 duże ziemniaki
- 2 duże marchewki
- 3 łodygi selera naciowego (opcjonalnie)
- 1 średniej wielkości zwykła biała cebula
- 150g wędzonego boczku
- suszony majeranek (ja dodałam 2 czubate łyżeczki, ale można zacząć od jednej i próbować, czy jest ok, czy trzeba dodać więcej)
- sól i pieprz do smaku

Przygotowanie
1. Boczek kroimy w kostkę i wrzucamy na dno garnka (bez dodatku tłuszczu), podsmażamy na niedużym ogniu do momentu, aż mięso się zarumieni i wytopi się tłuszcz
2. Cebulę obieramy, kroimy w kostkę i dorzucamy do garnka, podsmażamy razem z boczkiem przez kilka minut
3. Do cebuli i boczku dorzucamy groch, mieszamy i chwilę razem "smażymy" (o ile suszony groch można smażyć)
4. Do garnka wlewamy bulion i gotujemy przez ok 20 minut
5. Marchew i ziemniaki myjemy, obieramy, kroimy w niedużą kostkę
6. Seler myjemy i kroimy na małe kawałki
7. Po 20 minutach gotowania grochu w bulionie, dodajemy pokrojone warzywa i gotujemy razem do momentu, aż groch będzie na tyle miękki, że zacznie się rozpadać, a pozostałe warzywa też będą miękkie
8. Doprawiamy solą, pieprzem i suszonym majerankiem wedle uznania

Smacznego :-)




środa, 20 września 2017

Jezioro Garda rybami nie stoi

Na pomysł spędzenia tegorocznych wakacji nad jeziorem Garda wpadł mój Wybranek, który naoglądał się w internecie filmików poświęconych treningom kolarskim w różnych częściach świata. Okolice tego jeziora to ponoć bardzo dobre miejsce do tego typu treningów (tego - mam nadzieję - nigdy się nie dowiem, bo sport to zło ;-), ale przede wszystkim jest to naprawdę piękna lokalizacja.

Przed wyjazdem zakładaliśmy, że skoro jedziemy nad jezioro, to pewnie lokalne knajpki będą serwowały głównie pochodzące z niego ryby. Tymczasem potrawy z gardeńskich ryb pojawiały się w kartach dań okolicznych restauracji, trattorii, osterii i innych gastromiejsc w raczej ograniczonym zakresie. Nie było w nich również szczególnie tłoczno od dań typowych dla górskich regionów (większość jeziora Garda jest otoczona górami, mniej górzyście jest jedynie na jego południowym krańcu). Karty te obfitowały natomiast w dania z owoców morza, których źródło nie znajduje się bynajmniej gdzieś w okolicy. Taka niespodzianka. Na pocieszenie (dla mnie, bo nie lubię owoców morza) w wielu miejscach dostępne były klasyczne dania kuchni włoskiej, a szczególnie makarony. Więc mimo nie do końca sprzyjających warunków, kolejny raz udało mi się wygrać walkę z anoreksją w trakcie urlopu.

Naszą bazą była miejscowość Desenzano, na południowym krańcu jeziora. Wybraliśmy to miejsce, bo było tam najłatwiej dojechać komunikacją publiczną z Bergamo. Czas przyznać się do kolejnego (po niechęci do owoców morza) ograniczenia - boję się jeździć autem za granicą (w charakterze kierowcy). Prawdopodobnie najwygodniejszym środkiem transportu byłoby auto wypożyczone na lotnisku w Bergamo, gdzie dolecieliśmy z Warszawy. To samo auto bardzo dobrze sprawdziłoby się w zwiedzaniu miejscowości położonych wokół jeziora, no ale mentalne ograniczenia trudno się pokonuje, ja temu wyzwaniu nie podołałam, a Wybranek zdaje się nie chciał być jedynym kierowcą. Plus auto oznaczałoby ograniczenie możliwości popicia obiadu lokalnym winem czy raczenia się prosecco/aperolem w ramach podwieczorku ;-)





















Do Desenzano dojechaliśmy więc pociągiem z Bergamo (z lotniska na stację jedzie się ok 15 minut, autobusem numer 1, a ze stacji kolejowej w Bergamo do Desenzano ok 1,5 godziny z jedną przesiadką). Wokół jeziora Garda poruszaliśmy się autobusem (raz, do miasteczka Salò), pociągiem (raz, do miejscowości Peschiera) oraz promem (był naszym głównym środkiem transportu, wybraliśmy się nim do Malcesine, Riva, Sirmione i Bardolino). Wszystkiego nie zobaczyliśmy - staraliśmy się wybierać te miejsca, w których było coś oprócz ładnego portu. Mimo najlepszych chęci, nie udało nam się wjechać na szczyt Monte Baldo, skąd rozpościera się - podobno - piękny widok na jezioro i otaczające go góry i gdzie dociera kolejka linowa z Malcesine. Mimo, że nad jeziorem Garda byliśmy teoretycznie już po sezonie (drugi tydzień września), najpierw staliśmy 1,5 godziny w kolejce do kasy, a potem dowiedzieliśmy się, że do wjazdu na szczyt będziemy musieli czekać kolejne 1,5 godziny. Pewnie byśmy zaczekali, gdyby nie fakt, że moglibyśmy przez to nie zdążyć na ostatni prom powrotny do naszej bazy. Jak się zorientowaliśmy w trakcie stania w kolejce, jest możliwość zakupu biletów przez internet (brawo my), ale do Malcesine drugi raz nie przyjechaliśmy, bo dzień naszej pierwszej wizyty był jedynym słonecznym i bezdeszczowym dniem w trakcie całego naszego pobytu nad jeziorem - nie ma sensu wjeżdżać na Monte Baldo w pochmurne dni, bo chmury zasłaniają widoki. Trochę też obraziliśmy się na operatora kolejki, bo długie oczekiwanie w kolejce do kasy wynikało z faktu, że na cztery okienka kasowe działało tylko jedno i nie była to pora obiadowa... Może innym razem.




















Na Monte Baldo nie wjechaliśmy, wycieczki do Malcesine nie możemy jednak uznać za nieudaną, bo zjedliśmy tam jeden z trzech najlepszych posiłków w trakcie całego pobytu. Jak zwykle w wyborze restauracji w trakcie zagranicznych wyjazdów kierowaliśmy się sugestiami z przewodnika Lonely Planet i opiniami z portalu TripAdvisor - tam właśnie znaleźliśmy Ristorante al Gondoliere. W otoczeniu niemieckich emerytów (standardowa sytuacja o tej porze roku nad jeziorem Garda) jedliśmy polentę z gorgonzolą i gnocchi z sosem pomidorowym (ja) oraz carpaccio z ośmiornicy i spagnetti z owocami morza (Wybranek). Jedzenie było smaczne, obsługa sprawna, otoczenie miłe (siedzieliśmy na tarasie). Honor Malcesine uratowany ;-)



















Drugi bardzo dobry posiłek jedliśmy w okolicach miasteczka Riva del Garda. To był posiłek okupiony sporym wysiłkiem, bo żeby dotrzeć do Trattoria Piè di Castello w miejscowości Tenno szliśmy z portu w Riva ponad godzinę, głównie pod górę (normalni ludzie, nie mający oporów przed wypożyczaniem aut lub podróżujący po Europie własnym samochodem, byliby na miejscu w 15 minut).
















Tym, co zachęciło nas do podjęcia tego niewakacyjnego (jak dla mnie) wysiłku było danie, które zapewne wywoła uśmiech na twarzy fanów mięsa, będących jednocześnie przeciwnikami dań ze zbyt dużą ilością warzyw (np. sałatek). Danie to nazywa się "Carne Salada" (czyli "mięsna sałatka") i składa się z cienkich plastrów mięsa wołowego, zakonserwowanego w soli, zgodnie ze średniowieczną recepturą. Rodzina Benini prowadzi lokal w tym samym miejscu od końca dziewiętnastego wieku. Danie to nie wygląda może jakoś szczególnie atrakcyjnie (ot plastry surowego lub podsmażonego - występuje w dwóch odmianach: crudo i cotto - mięsa), ale jest smaczne (ja jadłam wersję smażoną, Wybranek - surową). Trattoria specjalizuje się w tym daniu, oprócz niego w karcie są jeszcze: z przystawek kopytka chlebowe ze szpinakiem, podane z roztopionym masłem lub talerz lokalnych wędlin, dodatki do dania głównego w postaci miski piklowanych warzyw lub duszonej fasoli i zdaje się, że był tam też jakis deser, ale tego nie pamiętam, bo po pochłonięciu dużego półmiska smażonej wołowiny nie rozważałam dalszej konsumpcji ;-) Oprócz smacznego posiłku zwrot z tej inwestycji energetyczno-czasowej obejmował tez piękne widoki na Riva del Garda, jezioro, góry i gaje oliwne w drodze powrotnej z trattorii do portu.
























Trzeci posiłek wart wspomnienia to... trzy posiłki, które zjedliśmy w La Taverna del Garda, w obrębie desenzańskiego starego miasta, blisko portu. Byliśmy tam aż trzy razy, bo to miejsce po prostu urzekło nas smacznym, uczciwym jedzeniem i ciepłą atmosferą (co nie było bez znaczenia, bo prawie codziennie padało - ot, zaleta wybierania się nad jezioro Garda we wrześniu). W tym lokalu można zjeść bardzo dobry makaron (zarówno takie klasyki jak spaghetti amatriciana czy ragu/bolognese, jak i makaron w nieco mniej znanej w Polsce formie paccheri i z nieco mniej popularnymi dodatkami, jak np. twarda, słona ricotta), ale też bruschetty i sałatki ze smacznymi dodatkami (nam szczególnie przypadła do gustu wędzona pierś gęsi) czy też dania z owocami morza (w karcie jest napisane wprost, że są mrożone - taka otwarta komunikacja bardzo rzadko się zdarza), którymi raczył się Wybranek. Smakowało nam również ich domowe białe wino, lekko musujące (frizzante; jak wyjaśniła kelnerka "semi prosecco" :-) Ze wszystkich lokali gastronomicznych, które odwiedziliśmy w trakcie pobytu nad jeziorem Garda, La Taverna del Garda najbardziej przypadła nam do gustu i szczerze ją polecamy wszystkim osobom, które będą w Desenzano.





















Poza opisanymi powyżej trzema miejscamu, zdarzyło nam się jeść też w bardziej przypadkowych miejscach (pizza) czy kupić w małych delikatesach gotowe dania (gnocchi, ravioli), które ugotowaliśmy sobie w wynajętym mieszkaniu. Byliśmy też m.in. w poleconej przez autorkę bloga Krytyka Kulinarna Hostaria Porto Vecchio, ale jedzenie serwowane w tym miejscu nie rzuciło nas na kolana. Fajne było to, że serwują ryby z jeziora Garda, ale produkt to jedno, a efekt końcowy - drugie. Makaron z kawałkami ryby, której nazwa to lavaret (tłumaczona jako sieja), był ok, ale już grillowany filet z tej samej ryby był suchy i bez smaku, ratował go jedynie sos cebulowy podany jako dodatek...

Szukając w internecie informacji o typowych gardeńskich daniach, nie znalazłam zbyt wiele (poza mięsną sałatką :-). Typowe lokalne produkty to wino (polecamy miejscowość Bardolino, gdzie jest największe skupisko gardeńskich winiarni, aczkolwiek nam tamtejsze czerwone wina nie smakują - wolimy ich białe i różowe; w Bardolino jest Muzeum Wina prowadzone przez jedną z winnic, ale do tego muzeum warto wybrać się tylko na zwiedzanie z przewodnikiem - takie zwiedzanie jest możliwe w środy, oprowadzanie w języku włoskim, angielskim i niemieckim o różnych godzinach), oliwa (taka niespodzianka ;-), limoncello (miejscowość Limone sul Garda słynęła niegdyś z uprawy cytryn, z których produkowany jest ten likier).


















Nad jezioro Garda na pewno warto pojechać ze względu na piękne widoki. Góry i jeziora są również w Polsce, ale takiego jeziora z takimi miasteczkami nie mamy. Fani historii i kontrowersyjnego kina mogą chcieć odwiedzić Salò, gdzie Mussolini w swoim schyłkowym okresie powołał do życia Włoską Republikę Socjalną (1943-1945, tzw. Republika Salò) i gdzie toczy się akcja filmu pt. "Salò, czyli 120 dni Sodomy". Natomiast moim zdaniem pod względem kulinarnym są we Włoszech ciekawsze miejsca (choćby Modena i okolice). Z kolei Wybranek stwierdził, że jezioro Garda to nie tylko dobre miejsce dla kolarzy czy triathlonistów, ale też dla osób, które nie mogą korzystać z pełnej swobody z uwagi na wiek, stan zdrowia, posiadanie małych dzieci czy też podróżowanie z psem (chyba nigdy nigdzie nie widziałam tylu podróżnych z pupilami).





















W drodze powrotnej z Desenzano do Polski kilka godzin spędziliśmy w mieście Bergamo - jest znane z lotniska, gdzie przylatuje sporo budżetowych linii lotniczych. Jeśli będziecie kiedyś mieli możliwość spędzenia w tym mieście kilku godzin, serdecznie polecamy. Bergamo to piękne, stare miasto rozciągające się wokół zamku na wzgórzu (można tam wjechać kolejką, ale my oczywiście weszliśmy pieszo - w końcu czymś się od tych niemieckich emerytów różnimy ;-), to znacznie więcej niż tylko lotnisko.








sobota, 15 lipca 2017

Naleśniki w sosie cystrusowym, prawie jak Crêpes Suzette

Minęło 10 lat odkąd moja relacja z Wybrankiem z biurowej zmieniła się w romantyczną :-) Rocznica wypadała w sąsiedztwie weekendu, ale z ważnych rodzinnych powodów nie chcieliśmy oddalać się od Warszawy, zaplanowaliśmy sobie więc świętowanie w domu. Jednym z elementów tego planu było przygotowanie przez każde z nas specjalnego posiłku na tę okazję, mi przypadło śniadanie. Dań śniadaniowych jest pełno, no ale to miało być coś wyjątkowego. Poszukując inspiracji w Internecie, trafiłam na bloga pt. "Co dziś zjem na śniadanie?", który jest prawdziwą skarbnicą przepisów na dobry początek dnia. Powiedziałabym, że raczej nietypowych w naszej szerokości geograficznej, więc jeśli znudziły Wam się kanapki, jajecznice, twarożki i proste owsianki, to jest dobry adres dla Was.

Przekopawszy się przez śniadaniowe propozycje Marty (tak ma na imię autorka tego bloga), wybrałam przepis na "Prawie Crepes Suzette", a więc naleśniki w sosie cytrusowym, ale bez alkoholu i bez podpalania, które są typowe dla oryginalnego francuskiego przepisu na to danie. Te naleśniki często są serwowane w formie deseru, ale na śniadanie też dobrze się sprawdzą :-) Nie jest to być możne najbardziej sezonowe danie (cytrusy dostępne są cały rok), ale mają w sobie coś z lata, więc nie będą gryzły się z aurą (tym bardziej, że w tym roku w Polsce lato nas nie rozpieszcza).

Naleśniki w sosie cytrusowym















Składniki (Marta podaje, że z tej ilości składników wyszły jej 4 naleśniki, natomiast mi wyszło 6 przy smażeniu na patelni o średnicy 26 cm; po 3 naleśniki na głowę to w naszym przypadku optymalna porcja, ale my jemy więcej niż normalni ludzie - jeśli w przepisie jest napisane, że to porcja dla 4 osób tzn., że jest idealna dla nas dwojga ;-)

NA NALEŚNIKI
  • 1 szklanka mąki (pszennej)
  • 1 szklanka mleka (użyłam bez laktozy)
  • 2/3 szklanki wody
  • 2 jajka
  • szczypta soli
  • 3 łyżki oliwy
NA SOS
  • 3 łyżki cukru (białego)
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • sok z 1 mandarynki
  • sok z 2 pomarańczy
  • sok z 1 cytryny (w oryginale jest 1/2, ale jak zużywam tylko połowę, potem druga połowa tygodniami poniewiera się po lodówce; nie uważam, że sok z całej to za dużo, smak był dobry)
  • 3 łyżki masła
Przygotowanie:
  1. wszystkie składniki na naleśniki mieszamy w misce (ja zwykle robię to mikserem, bo trzepaczką jeszcze chyba nigdy nie udało mi się wymieszać tak, żeby małe grudki mąki nie pływały na powierzchni)
  2. z tak otrzymanego ciasta smażymy naleśniki (patelni nie trzeba natłuszczać, bo do ciasta dodaliśmy oliwę) i odkładamy na bok
  3. po usmażeniu naleśników zabieramy się za przygotowanie sosu - na patelnię (może być ta sama, na której były smażone naleśniki) rozgrzaną na średnim ogniu wsypujemy cukier, polewamy sokiem z mandarynki i dodajemy skórkę z pomarańczy, a następnie czekamy, aż cukier się rozpuści
  4. następnie dodajemy sok z pomarańczy i z cytryny, a dalej masło i pozwalamy, aby całość chwilę się podgotowała
  5. naleśniki kładziemy pojedynczo na patelni z sosem, czekamy aż sos je pokryje, a następnie składany w trójkąt (tak jak klasyczne polskie naleśniki z serem na słodko) - gdy będzie ich tyle (4), żeby zapełniły całą patelnię, wkładamy wszystkie jeszcze na chwilę co ciepłego sosu, a następnie serwujemy (w moim przypadku wyjęłam te 4 naleśniki z patelni, zaserwowałam, a w międzyczasie 2 pozostałe wrzuciłam do sosu, żeby nim nasiąkły, podczas gdy my pałaszowaliśmy pierwszą serię; sosu spokojnie wystarczyło do nasączenia 6 naleśników)
  6. ciepłe naleśniki wykładamy na talerz i serwujemy - u mnie z plastrem świeżej pomarańczy i listkami mięty
Smacznego :-)